Chwila zadumy…

1 Luty 2012

Dzisiaj zmarła Wisława Szymborska. Poetka, której wiersze genialnie opisywały określony, a bliski mi, stosunek do życia i do świata.

Nie będę się rozwodził, bo nie o to chodzi, ale chciałem przytoczyć jedną strofę z jednego z moich ulubionych wierszy, Nic dwa razy:
Czemu ty sie, zła godzino, 
Z niepotrzebnym mieszasz lękiem? 
Jesteś- a więc musisz minąć. 
Miniesz – a więc to jest piękne. “

Swoimi wierszami przyniosła wielu osobom powód do refleksji… mi osobiście cytowana strofa pozwoliła zrozumieć, że złe rzeczy nigdy nie będą tak naprawdę ważne w życiu. To właśnie jest w nim piękne, że one mijają. Bywają, ale mijają i pozwalają nam cieszyć się tymi dobrymi chwilami.

Za Panią Wisławę wypiję dzisiaj kieliszek i wypalę papierosa. A co.

“Gdy emocje już opadną…” śpiewa Grzegorz Markowski. Emocje opadły, liczba wejść względem piątku spadła stukrotnie… czas na mają refleksję.

Trochę opowiadałem w komentarzach (o ile znalazłem na to czas), ale ogólnie niewiele. Dzisiaj przyszedł czas na refleksje.

Przede wszystkich chciałem podziękować każdemu, kto poświęcił trochę czasu i przeczytał mój tekst. Jeszcze większe podziękowania dla tych, którzy poświęcili jeszcze więcej czasu i napisali komentarz. Naprawdę wielkie dzięki.

A’propos samych komentarzy. W kilku zwrócono mi uwagę, że zbyt często piszę o czytaniu ze zrozumieniem. Cóż, trudno tak nie napisać, kiedy komentujący w swej uprzejmości raczy rugać mnie jak psa za coś, czego nawet nie było w tekście. Wiem, że brzmi to trochę paskudnie, ale dlaczego mam tracić czas na polemikę z kimś, kto tego tekstu nawet dokładnie nie przeczytał? W końcu tyle czasu poświęcam na zarabianie na podatki, że muszę go szanować, prawda? ;)

Sporo było komentarzy, które na racjonalnym polu poddawały moje tezy w wątpliwość, ewentualnie ścierały się z nimi (jak w przypadku kwestii oddawania nieważnego głosu). Jak już jednak pisałem: mam tutaj swoje subiektywne zdanie, które, pomimo stosowanej metody liczenia nie zachęca mnie do głosowania w ten sposób. Ale to tylko moje osobiste przemyślenia, nie ma sensu tego roztrząsać.

Oczywiście pojawiły się klasyczne komentarze, które wytykały mi moją głupotę (w końcu jak mogłem zagłosować na PO), nazywały “takim, przez którego kraj stracił suwerenność) itp. Mało wnosiły w treści, za to upewniały mnie, że nie powinien wciskać się w konflikt między partiami politycznymi. Mój wpis miał pozostać poza tym – i wydaje mi się, że tak się stało.

Mimo to najbardziej chyba podobał mi się komentarz, który zarzucał mi brak aktywności. Zostałem właściwie obwiniony za formę tego “listu”, jego napisanie zostało sprowadzone do lenistwa, braku woli walki. Bo w końcu jeśli nie stoję z transparentem na ulicy, to po co w ogóle się odzywać? Cóż, zaryzykuję twierdzenie, że to chore podejście. Chore, bo nie na tym polega dialog. To, co obserwujemy na ulicach to krzyk, nie dialog. To wymuszanie, obrzucanie się epitetami, stawianie racji ideologicznej ponad wymierny cel. Bo jak dyskutować o gospodarce, skoro ktoś jest dla kogoś tylko “zadymiarzem”, a ktoś inny “zdrajcą narodu”? I co to ma do gospodarki?
Do momentu, w którym odrzucimy te wszystkie polityczno-ideologiczne waśnie, a zaczniemy dyskutować o meritum – do tego momentu nie uda nam się nic osiągnąć. I tyczy się to wszystkich opcji politycznych i wszystkich stron tego “dialogu”.

Cóż jeszcze napisać? Chyba tylko jedno. W niektórych komentarzach rzuciło mi się na oczy twierdzenie, że to właśnie przeciwnicy PO i obecnego premiera mają największe prawo go krytykować. Otóż pozwolę się z tym nie zgodzić. W odróżnieniu od nich to ja powierzyłem tym ludziom (temu człowiekowi) swój głos. Dałem mu swój kredyt zaufania, więc mam go z czego rozliczyć. Dlaczego właśnie odważne powiedzenie swojemu kandydatowi: “zawiodłem się na Tobie” jest tak idiotycznie postrzegane w tym kraju? Czy powinno być tak, że wstydzimy się tego, na kogo głosujemy? Że głosujemy “przeciw” tylko dlatego, żeby potem powiedzieć “a nie mówiłem”? To co to za postawa? Co w tym odważnego?  Co dokładnie w takiej postawie daje komukolwiek większe prawo do krytyki niż osoby, które faktycznie coś komuś powierzyły i się zawiodły? Może właśnie dlatego nasza scena polityczna jest taka mizerna, bo krytykują zawsze oponenci? Ich krytyka z czasem zlewa się w jeden stały szum, do którego po prostu można się przyzwyczaić. To właśnie krytyka pochodząca od ludzi, którzy oddali na nich głosy powinna być najbardziej istotna, najbardziej pożądana, najskuteczniejsza. Jej już nie da się przypisać ideologii, nie da się jej po prostu olać, ośmieszając krytykujących… bo to jednocześnie wyborcy. A mimo to ciągle utrzymujemy stary schemat: krytykują oponenci. Jak w końcu swoją krytyką przekonają dość społeczeństwa, rząd przechodzi w ich ręce. Znów krytykują oponenci. A ponieważ wygrane nie są jakieś wielkie – władza skacze z rąk do rąk i tak naprawdę stoimy w miejscu, zamiast iść do przodu.

Mój post miał być taką właśnie szczerą krytyką z własnego obozu. Co prawda dla wielu okazało się to głupie… nie wiem dlaczego.

Na koniec tej krótkiej notki chciałem jeszcze raz bardzo podziękować wszystkim tym, którzy wyrazili swoje zainteresowanie oraz okazali jakieś wsparcie. Przede wszystkim tym, którzy potrafili dostrzec sens tego posta, a nie umiejscawiać go na linii frontu i używać albo jako tarczy, albo jako tarana.

Wracam teraz do relaksu,

Pozdrawiam,

Podatnik.

PS
Chciałem zapewnić, że w rzeczywistości jestem naprawdę szczęśliwym, zadowolonym z życia człowiekiem, który swój wolny czas stara się wypełnić możliwie najbardziej produktywnymi zajęciami. Sprzątam po swoich psach, segreguję śmieci, uwielbiam opakowania zwrotne itd itd itd. Wszelkie insynuacje, jakoby sytuacja polityczno-gospodarcza miała  jakikolwiek negatywny wpływ na moje samopoczucie są nie na miejscu.

 

Dziękuję Ci, Premierze!

26 Styczeń 2012

Witam Panie Premierze,

piszę do Pana ten list, bo mam po prostu serdecznie Pana dość. I nie chodzi o jakąś tam koszmarną niekompetencję (chociaż nadmierną kompetencją to Pana rząd się też nie wykazuje), ale o wylanie mojej czary zawiedzenia tym, co Pan w tym kraju robi.

Po pierwsze: jestem obywatelem, więc mam prawo wyrazić swoją opinię. Po drugie, jestem Pana wyborcą, więc tym bardziej powinien Pan to przeczytać (ale się nie łudzę, żeby nie było).

Odpuszczę sobie górnolotne stwierdzenia, napiszę tylko dlaczego uważam Pana za najgorszego premiera drugiej kadencji (pierwsza poszła jako-tako). Ale może zacznę od początku. Mam szczęści pracować na umowę o pracę. Co miesiąc widzę więc różnicę brutto – netto. I nie o to chodzi ile tam jest. Chodzi o to, ile z tego mam. Chodzi o to, że nijak nie widzę sensu przekazywania tych pieniędzy nieudacznikom takim jak Pan i Panu podobni. Co z tego mam? Drogi? Nie. O funduszu drogowym, który płacę w cenie paliwa, a który i tak g. daje napiszę później. Służba zdrowia? Kpina. Jakby nie dodatkowo wykupiona opcja, to o głupiej wizycie u laryngologa mógłbym pomarzyć. Rehabilitację naderwanego więzadła kolanowego NFZ zaproponował mi za cztery miesiące, czyli też musiałem zapłacić, żeby mi cokolwiek dała. Co więc z tego mam? Może szkołę dla mojego przyszłego dziecka? Aha, też dobre. Przedmioty ścisłe się likwiduje, nauczyciele w gimnazjach boją się uczyć, a jak ostatnio przeglądałem program nauczania liceum to chciało mi się wyć, bo poziom sięgnął dna.

Co więc mam? Może poczucie bezpieczeństwa? Aha, dobry dowcip. Policję mamy niedofinansowaną do tego stopnia, że funkcjonariusz jednego z komisariatów we Wrocławiu spisywał moje zeznanie na maszynie do pisania, używając do tego zwykłej kalki (zastanawiam się, czy oni faktycznie mają jeszcze na nią dostawcę, czy może w magazynach zalega jej kilkanaście ton, więc trzeba wykorzystać?).

Może zabezpieczenie przyszłości? Emerytura? Co z tego, że późno, ale może chociaż godziwa? A gdzie tam. Nie dość, że ze swojej pensji utrzymuję obecnych emerytów, to jeszcze mam małą szansę na jakiekolwiek pieniądze, bo “owoc żywota Twojego jeZUS”. Tak więc jak już pracodawca odprowadzi za mnie to, co musi – na swoją emeryturę odkładam sam.

A kiedy już, po tych wszystkich składkach i odliczeniach wezmę swoją pensję, jadę zatankować auto. Nie jakieś super nowe, ale nie stare. Oszczędne, bo inaczej się nie da. Tankuję, bo muszę, chociaż ograniczam jazdę autem jak tylko mogę. Ale i tak krew mnie zalewa jak widzę cenę benzyny. I znów nie dlatego, że mnie kompletnie nie stać. Na tyle ile jeżdżę – na tyle mnie stać. Szlag mnie trafia, bo w cenie litra benzyny jest mnóstwo podatku, którego część teoretycznie powinna iść na drogi, a tak naprawdę idzie na pokrycie niekompetencji kolejnych ekip rządzących (Pana też, a jakże).
Na dodatek na naszych cholernych drogach amortyzatory, przeguby i ogólnie zawieszenie pada tak szybko, że koszty utrzymania auta jeszcze bardziej rosną.

Więc, podsumowując: ładuję w Państwo, którym Pan rządzi kupę kasy, a nie mam z tego nic. Kompletnie i literalnie nic. Mało tego, poprzez decyzje o podwyżce cen benzyny powoduje Pan, że mam jeszcze mniej. Bo zaraz drożeje transport, jak drożeje transport to drożeje żywność, itd itd itd.

Ale jestem inżynierem i realistą. Nie wszystko to, co opisałem jest Pana winą. Nie jest Pan wszak Harrym Potterem, nie naprawi Pan wszystkiego za pomocą czarów. Na to potrzeba lat, potrzeba zmian, nie tylko prawa, ale też mentalności. Tak, zdaję sobie z tego sprawę. Problem w tym, że Pan nic z tym nie robi.

Pana rząd nie jest zły w stricte tego słowa znaczeniu. Jest lepszy niż inne i najmniej fatalny z możliwych obecnie, patrząc na naszą scenę polityczną. Obiektywnie rzecz ujmując, niewiele Pan zepsuł. Tylko, że mamy kryzys i nie potrzeba nam utrzymania stanu obecnego, ale poprawy. Tutaj Pan zawiódł. Na całej linii.

Sądziłem, że uda się Panu zlikwidować choć trochę urzędników, na utrzymanie których idzie część moich podatków. Lipa. Nic z tego.

Liczyłem na to, że ukróci Pan rozpasanie tych, którzy swoje zarobki, trzynastki, czternastki, piętnastki i siedemnastki wywalczyli dzięki rozwiniętym umiejętnościom palenia opon na ulicach i gardłom produkującym hałas przekraczający możliwości zwykłego człowieka. Znów nic z tego.

Sądziłem, że w dobie kryzysu, oprócz cięcia tego, co dotyczy obywatela oraz sięgania do kieszeni tegoż (VAT, akcyza) wprowadzi Pan oszczędności w administracji. Dlaczego nie posłuchał Pan Balcerowicza, który mówił o rozpasaniu w poszczególnych ministerstwach? Dlaczego nie poszedł Pan w stronę sprawdzonego ekonomicznie modelu, funkcjonującego w korporacjach, gdzie dostawy wszystkich gratów (od komputerów, przez krzesła, po długopisy) negocjuje jedna komórka i efektem synergii oszczędza pieniądze? Nie, lepiej w każdym ministerstwie utrzymywać bandę ludzi, bo przecież długopis potrzebny w ministerstwie rolnictwa musi być zielony, w ministerstwie zdrowia czerwony, w ministerstwie pracy niebieski, a w ministerstwie finansów czarny. Laptopy przecież też muszą mieć inne. Samochody też.

Dlaczego zamiast zwiększyć efektywność wydawania tych pieniędzy, które i tak wyciąga Pan z mojej kieszeni, sięga Pan do niej cały czas głębiej i głębiej? Jak Pan sądzi, ile wytrzymam? Testuje Pan mój patriotyzm?

Tak, napisałem patriotyzm, bo wg mnie prawdziwym patriotyzmem teraz jest właśnie płacenie podatków. Bo to, w odróżnieniu od dywagacji o drzewach, helu, Węgrzech i wymianie elit jest naprawdę ważne.
Chciałem więc Panu powiedzieć, że mój patriotyzm jest już powoli na wyczerpaniu. A jak się wyczerpie, po prostu zacznę płacić podatki w miejscu, gdzie ktoś je szanuje. Gdzie każdy grosz wyciągany z kieszeni podatnika jest oglądany uważnie i wydawany rozsądnie. Tak, żeby podatnik mógł czuć się z tego zadowolony.

Nie. Nie miał Pan dość ikry, żeby zrobić to wszystko. Poszedł Pan na łatwiznę, licząc, że społeczeństwo przełknie tę żabę i znów odda na Pana głos, przerażone wizją wygrania Pana konkurenta. Cóż, może ma Pan rację.

Co nie zmienia faktu, że się zawiodłem. Liczyłem, że otoczy się Pan fachowcami. Liczyłem, że stworzy Pan rząd, który nie będzie kierował się kumoterstwem, chęcią zabłyśnięcia przed kamerami, parciem do stworzenia miejsc pracy dla rodziny i znajomych czy też zwyczajną niekompetencją. Znów się zawiodłem.

Pana sukcesy są sukcesami medialnymi, fajerwerkami, które ładnie wyglądają, ale równie szybko gasną. A ja nie oczekuję fajerwerków. Oczekuję sukcesów małych, ale konsekwentnie prowadzących do celu. Celu, którego już teraz nie muszę wyjaśniać. Tego mi Pan nie daje. A na widok fajerwerków chce mi się już wymiotować.

Nie oczekuję, że Pan to przeczyta. Nie jestem blogowym tuzem, którego wpisy czytają tysiące. Nie jestem jakiś mega wygadany. Jestem zwyczajnym Polakiem, patriotą płacącym podatki, tankującym auto, oszczędzającym dodatkowo na emeryturę, opłacającym dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne. Patrząc dookoła – jestem szczęściarzem, bo na to wszytko mnie jeszcze stać. Ale robi Pan wszystko, żeby było mi coraz trudniej.

Jako taki Polak patriota postanowiłem skorzystać ze swojego prawa i wylać swój osobisty kubeł żółci na Pańską głowę.

Z patriotycznym pozdrowieniem,
Podatnik.

—-
Drogi Czytelniku! Jeśli zgadzasz się ze mną, ewentualnie jesteś Anonimowym Podatnikiem jak ja – opublikuj ten post na swoim Facebooku, Twitterze, Google+ czy czymkolwiek innym. Może jest nas naprawdę dużo?

Na koniec krótka notka. Jeśli ktokolwiek chce ten wpis wykorzystać do jakiejkolwiek walki politycznej, udowadniania, że popieram tych, a nie innych – nie mogę zabronić. Ale będzie to dowodziło wyjątkowego nietaktu, chamstwa i drobnomieszczaństwa.

Dzisiaj postanowiłem wyskoczyć po piwo do lokalnego sklepiku – a może mnie czymś zaskoczą? Nie pomyliłem się, bo mój wzrok zatrzymał się na jedynym piwie z banderolką. Głosi ona dumnie: “Piwo z browaru Fortuna”. Okazało się, że jest to Miłosław Pilzner. I w sumie nie miałem jakiegoś strasznego ciśnienia, żeby je spróbować, ale przekonały mnie do tego trzy hasła:
1. Otwarta fermentacja;
2. Kontretykieta;
3. Nazwa piwa.

Zacznę od punktu trzeciego. Otóż jestem fanem lokalnego patriotyzmu, a tym razem browar Fortuna postanowił nazwać piwo od nazwy miejscowości. Punkt dla nich. Teraz punkt drugi – idąc za ciosem, na kontretykiecie znajdziemy informację o największej bitwie powstania poznańskiego. Oraz o tym, że same wydarzenie na obrazie uwiecznił Kossak (swoją drogą lubił piwo, bo namalował też plakaty dla Browaru Zwierzyniec). Ponieważ wpis jest piwny, a nie historyczny – nie będę weryfikował dydaktycznej wartości tej informacji.
No i punkt pierwszy – otwarta fermentacja. Nie muszę tłumaczyć dlaczego.

Ok, tyle tytułem wstępu. Piwo w koszyku, a za chwilę w domu. Czas na fakty z etykiety:

Alkohol: 5,4%
Ekstrakt: 12,5%
“Piwo dolnej fermentacji, pasteryzowane”. Co ciekawe, Pan w sklepie polecał mi to piwo słowami: “to jest jakieś nowe, dolna fermentacja”. Nie ma to jak marketing ;)

I teraz w sumie najmniej przyjemna część.
Piana cienka jak rosół na gwoździach. Słaba, znika bardzo szybko.
Kolor: jasne, klarowne.
Zapach: jakiś taki nijaki. Raczej słodowy niż chmielowy. Brak mi w nim takiej zapowiedzi goryczki, która w pilznerach pojawiać się powinna.
Smak: powiem tak – szkoda gadać. Jak woda po piwie, za mało goryczki, za kwaśne.

Zdziwiło mnie to, bo spodziewałem się więcej. Wskoczyłem więc na stronę browaru, a tam:

“Pilzner to najpopularniejszy w Polsce gatunek piwa. Jednak i tym razem Browaru Fortuna nie skusiła produkcja piw głównego nurtu. Wystarczy jeden łyk „Miłosławia”, żeby przekonać się, że nie jest to kolejne „piwo jasne pełne”. Swój odmienny smak i aromat zawdzięcza zarówno otwartej fermentacji, jak i użytym do jego produkcji odmianom chmielu. Korzystają z niego tzw. browary „rzemieślnicze”, które produkują swe niezwykłe produkty dla mniejszych choć niezwykle oddanych grup konsumentów, poszukujących odmiany w świecie piwa.”
Za: http://www.browarfortuna.pl/index.php/miloslaw-pilzner/ 

Odniosę się do pogrubionego. Fakt, browar nie skusił się na produkcję piwa głównego nurtu. A szkoda, bo zamiast dobrego pilznera wyszło im coś gorszego. To raz. Dwa: jeśli ten smak i aromat zawdzięczają specjalnym odmianom chmielu i otwartej fermentacji – to ja przepraszam. Trzy: jeśli celują w małe grupy konsumentów, to może znajdą tych przypadkowych. Bo na oddanych to bym nie liczył.

Co ciekawe, na stronie chwalą się, że nie jest to “kolejne jasne pełne”, ale z dumą głoszą to na etykiecie… Fakt, nie jest to “kolejne” jasne pełne.

Tutaj potwierdza się stare przysłowie, że proste rzeczy trudno jest zrobić. Chcąc być lepszym niż “kolejne jasne pełne” Fortunie się nie udało. Są inni, co jednak nie znaczy lepsi.

 

Miłosław Pilzner

 

Kiedy kupowałem Opata Czarnego, mój wzrok przykuło jeszcze jedno piwo: Opat Pepper – piwo smakowe. Skusiłem się, bo w końcu dlaczego nie? Postanowiłem spróbować.

Na początek dane z etykiety:
Ekstrakt: nie podano.
Alkohol: 5%.

Tyle etykiety. Pierwsze, otwieramy i…
Kolor: słomkowy. Klarowne.
Piana: drobna, znika bardzo szybko.
Zapach: bardzo owocowy. Czarny pieprz w nim minimalnie czuć, trochę trąci desperadosem, ewentualnie piwem z cytryną.
Smak: wyczuwalna goryczka delikatna goryczka z braku innych smaków wybija się na przód. W sumie – nijakie. Lager jakich wiele, nawet “specjalności” w nim brak. Po wzięciu lepszego łyczka gdzieś na języku pojawia się delikatny czarny pieprz… ale bardzo mało.

Ogólnie próbowałem już wielu piw smakowych. Jeśli ktoś chce szukać naprawdę wyszukanych, nowych, sensownych doznań – może sobie tego Opata akurat podarować. Serio.

Opat Pepper

Dzisiaj cydrowania ciąg dalszy – fermentacja poszła na całego i drożdże z kilkukrotnego odzysku w 24h “zjadły” 5°BLG. Próba przy 22°C. Smak niestety pospolity i ciągle zbyt słodki (aczkolwiek słodycz grenadiny). Nie o to mi jednak chodziło (ale nie wykluczam zrobienia takiego cydru w przyszłości).

Dzisiaj postanowiłem dopełnić baniak i zamknąć aż do zlania. Ponieważ szukam innego smaku, zaopatrzyłem się w soki.

  • jabłkowy VITAFIT z Lidla – 12°BLG;
  • Grapefruitowy Dizzy – 11°BLG;
  • Pomarańczowy Dizzy – 12°BLG.

Do istniejącego już nastawu poszło więc:

  • 2l jabłka;
  • 1l grapefruita;
  • 1l pomarańczy.

Nie wiem, dlaczego, ale wydawało mi się to dobrymi proporcjami. Na koniec mam 7l nastawy i 12,8°BLG. Mało. 200g cukru trzcinowego dobiło to do okrągłej 15stki ;) I niech już tak zostanie.

Acha, goździki praktycznie niewyczuwalne. Więcej nie dodaję, bo taka mieszanka soków nie powinna być zbyt korzenna. Ale tych 5ciu też nie wyławiałem – niech się moczą.

Cydr przy okazji otrzymał już swoją nazwę ;)

W domowym cydrze leży potencjał… zrobiłem chyba z 5 różnych, jedne lepsze, inne gorsze. Niestety, nic nie było na tyle powtarzalne i dokładne, żeby wyciągnąć wnioski i przygotować upgrade poprzedniej receptury. Dlatego postanowiłem to zmienić. I teraz garść wniosków z poprzednich cydrów:

  1. Sam sok jabłkowy na bayanusach (takie winne drożdżaki) jest cierpki jak cholera i nie ma żadnych dodatkowych walorów smakowych. Wytrawny, wali bułeczką. Odpada. Dobrze, że choć do jednego się nadawał, bo zrobiłem go coś koło 25 litrów.
  2. Bardzo sprawdza się cydr z dodatkami takimi jak przyprawy korzenne. Jest wtedy ciężki, mocny (spokojnie można kręcić nastawę do 22°BLG). Niestety, ostatnia faza fermentacji musi być bardzo długa – tym razem zawsze zleję na cichą. Szlag mnie od tego nie trafi, a uniknę szampanów.
  3. Kwestia refermentacji i nagazowania – trzeba będzie zweryfikować. Tym razem użyję glukozy, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Biorą pod uwagę powyższe punkty, zabrałem się dzisiaj do roboty. Po pierwsze poszukam dobrej receptury na własne cydry, a po drugie: przetestuję jak przy niższych temperaturach sprawdzają się piwne drożdże z zestawów Coopersa. Do Cydrów sprawdzają się ogólnie świetnie, na tym, co teraz zużyję zrobiłem już koło 30 stu litrów (w 4 turach), ale tym razem wstawię to do niższej temperatury. Jak fermentacja ustanie najwyżej wystartuję jeszcze raz.

Receptura:
ponieważ mam dość wytrawnego cydru, postanowiłem go dosłodzić… i dodać coś, co zmieni kolor i spotęguje smak. Wpadłem na taki oto pomysł:

  1. Na początek 3 litry soku jabłkowego z Lidla. Nie ten naturalnie mętny tylko najtańszy. Ale mętnego też muszę spróbować, bo wydaje mi się słodszy (ten jest dość kwaskowaty).
  2. Pomiary: wyszło mi 12,5°BLG. Mało, tym bardziej, że później doleję jeszcze soku (no przecież nie będę dla 5ciu butelek brudził baniaka!). Pierwsza transza brązowego cukru (100g) i mamy już 15°BLG. Cóż, ciągle mało, dodaję drugą – 17,5°BLG.
  3. Kolor. Chcę uzyskać coś ciekawego, a w szafce stoi resztka Grenadiny. Odmierzam – jakieś 70-75ml. Słodkie toto cholernie. Wlewam…. Nic. Ciągle 17,5°BLG. Ale za to kolor się wyraźnie poprawił, może jest nawet zbyt czerwony… Nic, skoryguję później.
  4. Smak. Jak już pisałem, sprawdzają się przyprawy – dodałem 5 szt goździków. Zobaczymy, na ile będą wyczuwalne jak spadnie powiedzmy do 10°BLG.
  5. Koniec zabawy. Drożdże, które mieszkały ostatnie 3 miesiące w lodówce wyjąłem wcześniej na kaloryfer i dodałem im jakieś 200ml soku. Ku mojemu zdziwieniu przy około 20°C już wystartowały – całość zmętniała i zaczyna się proces. Widać po tylu Cydrach wyhodowałem drożdżowe Pudziany ;) Swoją drogą ciekawe co za pieczary Coopers pakuje do swoich zestawów. No ale nic – nastawa ma 21°C, więc HOP! Całość pod pokrywkę, rurka i do kąta. W pomieszczeniu mniej więcej stałe 20°C.

Będę informował o postępach, bo może kogoś zainteresują doświadczenia z cydrami ;)

I na koniec – fotka ;) Nastawa po zadaniu drożdży :)

Nastawa cydru

Opat Tmavý Speciál

5 Styczeń 2012

Opat Tmavý Speciál

Moja pierwsza recenzja i trafiło na bardzo szlachetne piwo – czarnego Opata z klasztornego Browaru Broumov.

Z Opatem jako takim jestem starym znajomym, można go we Wrocławiu kupić bez problemu, zarówno w sklepach jak i w niektórych knajpach.Mi trafił do ręki tydzień temu, a dzisiaj doczekał się degustacji.

Na początek fakty etykietowe:

13% ekstraktu, 5,3% alkoholu, czarne piwo specjalne, pasteryzowane. Tyle faktów z etykiety.

Sam wygląd: czarne, w ogóle nie przepuszcza światła. Piana powstaje ładna, gruba, gęsta, ale jest średnio trwała. Opada nieregularnie, zostawiając pod koniec cieniutką warstwę. Co ciekawe z tak ciemnego piwa spodziewałbym się ciemniejszej piany… resztę widać na fotkach.

Zapach: palony słód – przede wszystkim. Mocno palony, delikatna nuta owoców, która ostatecznie daje pewną “kwaskowatość zapachu”. Bardzo zachęcający, przyjemny, z delikatnym, czekoladowym akcentem w tle.

Pierwszy łyk. Zadziwiająco “orzeźwiający”. Spodziewałem się czegoś cięższego, a tutaj jak na tak ciemne piwo – zadziwiająca lekkość. Zaskakuje tym, że nie jest tak słodki jakbym się go spodziewał. Mimo mocno palonego aromatu z kwaskowatą nutą nie jest zbyt kwaśny – co takim piwom się często zdarza. Ogólnie o smaku: bardzo lekki i przyjemny. Razem z lekkim nagazowaniem tworzy przyjemną mieszankę dla osób lubiących piwa ciężkie, ale nie lubiących się tymi piwami najadać;)

Lepsza połowica, będąca fanką Guinnessa z sokiem porzeczkowym stwierdziła, że właśnie tego soku brakuje. Ale biorąc pod uwagę lekkość piwa, brak kwaskowatej nuty i mniejszą słodycz – jest na zupełnie innym biegunie. Mimo to sam smak może się tak kojarzyć ;)

Ogólnie piwo bardzo, ale to bardzo dobre. Szlachetne, polecam do sączenia w doborowym towarzystwie, ale może nie w zbyt dużej ilości ;)

Zakup wart swej ceny!

Czarny Opat

Pianka już opadła....

2011 – nie w okopie

3 Styczeń 2012

Ah… kolejny roczek minął, kolejny krzyżyk na karku. O rok starszy postaram się napisać jakieś podsumowanie tych 12-stu miesięcy.

Zacznijmy od tego, że był to rok zmian. Zmian w życiu osobistym, zawodowym, w sytuacji osobistej, itp itd. Również motoryzacyjnej, bo sprzedałem moją ukochaną Vectrę, z którą przeżyłem tyle miłych chwil. 19-sto letni cud motoryzacji, ochrzczony przez zawistnych “Rudą Barrakudą” poszedł za wyjątkowo dobre pieniądze… i niestety w kilka miesięcy później całkowicie zakończył swój żywot. Tak więc: czapki z głów.

Ruda Barrakuda

Ale idąc dalej. Poza tym, że był to rok zmian, był to również rok produkcji: produkcji piwa, wina, cydru oraz testów innych. Wszystkie zakończone mniejszym lub większym sukcesem (są tacy, co mogą pewne fakty potwierdzić, o ile pamiętają).

Co jeszcze było szczególnego w upływającym roku? Leningrad i moja miłość do niego. Kilka przetłumaczonych tekstów i wywiadów, może będzie jeszcze więcej.

Na pewno w dziedzinie muzyki wiele się działo. Na początek: Amy Winehouse dołączyła do Przeklętego Klubu 27 (możecie wygooglać). Co to znaczy? Znaczy, że zasiadła w panteonie sław muzyki i sztuki, które opuściły ten padół łez, dragów i wódy w wieku 27 lat. Żyli szybko, acz intensywnie, zostawili po sobie sporo, a ludzie będą o nich pamiętać. Chwała im i cześć.

A tak na poważnie, to naprawdę szkoda dziewczyny. Kawał głosu, pomysły na muzykę… tylko z drugiej strony: czy faktycznie coś by jeszcze stworzyła? Ewidentnie nie miała odporności Richardsa lub Slasha. Może to był po prostu koniec kompletny? Odeszła wtedy, kiedy wiedziała, że nie zrobi już nic więcej? Że nie pokona swoich słabość, że alkohol i narkotyki i tak wygrają? Że lepiej odejść niż się stoczyć i skończyć zapomnianym?

Nie wiemy. Mimo to: szkoda.

Co tam jeszcze? A, kolejny niefajny epizod, tym razem w wykonaniu lokalnym. Otóż Kazik Staszewski okazał się, nie przymierzając, chujem. Najpierw akcja z bogu ducha winnym blogerem, potem atak jego i jego synowej (rodzinny biznes) na prowadzącego stronę staszewski.art.pl ? Rozumiem jeszcze jakieś zasady i pretensje do strony, ale pretensje do grupy na facebooku? A rączki to z dupki wyrosły? Założyć swoją, poświęcić czas i naklepać te ileś tysięcy “lajków”. Ale nie, lepiej straszyć prawnikiem i pójść na łatwiznę.

No nic, wstyd i popelina. A szkoda, bo Kazik Wielkim Artystą jest. I będzie.

Muzyki wcale nie koniec. Teraz czas dojść do twardszych klimatów. Otóż, z dużą pomocą kolegi Zająca znalazłem kapelkę Divine Heresy.

http://www.youtube.com/watch?v=T0uO_hXhdG0

I wiem, że każdy purysta death metalu mnie tutaj opluje i cholera wie co jeszcze, bo czyste wokale, bo mało piasku między strunami itd… ale i tak uważam, że chłopaki zagrali coś, czego zbyt wielu jeszcze nie zagrało. I za to szacun. No i kurwa, te dwie stopy!

Co tam jeszcze? A! Zacząłem nazywać się piwoszem. I to nie tylko z racji powiększającego się piwnego brzucha, ale raczej z racji zamiłowania do złotego trunku. Czym mam zresztą zamiar dzielić się na tym blogu, pod kategorią “piwne recenzje”. Oczywiście, nie zrezygnuję ze swoich pryncypiów, np szczerej niechęci do browarów wypuszczających tanie piwo w niezwrotnych butelkach. O tym czytaliście w innym poście, więc nie będę przynudzał.

Teraz czas na coś niemiłego. Polityka. Wybory 2011 przyniosły ostateczną klęskę obozu prawicowego jako takiego, za to umocniły stałą pozycję obozu oszołomo-prawicowego, czyli imć Jarka Kaczyńskiego. Po wyborach pożegnał się z nim imć Ziobro i kilku innych, co skazało go na kompletną izolację polityczną i pozostawanie marginalną siłą w kraju, takim pajacykiem. I dobrze, powiedzą niektórzy.
Ja powiem – źle. Bardzo źle. W Polsce potrzebna jest opozycja, opozycja mądra, inteligentna, wykształcona, opozycja ekspercka. Dyskutująca na poziomie merytorycznym, a nie ideologicznym. Czy też, co może być pobożnym życzeniem w przypadku PiS: w ogóle dyskutująca. PO nie jest partią idealną, powiem więcej: kiepscy są. Mierni. Mrzonki Tuska o stworzeniu “rządu ekspertów” zakończyły się fiaskiem. Ale cały czas są lepszą alternatywą niż PiS. Bo inni się nie liczą – SLD ciągle nie może wyjąć głowy z własnego tyłka, co pokazuje ostatni wynik. PSL pozostanie polityczną kurtyzaną, a… no właśnie. Pozytywem tych wyborów jest właśnie to, co po “a….”.

RPP, czyli Ruch Poparcia Catburnera. Koleś ma jaja. Odszedł z PO, wydymał Tuska bez wazeliny. Wybił się na jego plecach, gwizdał z poprawności politycznej, jarał zioło, śmiał się innym w twarz… i został trzecią siłą polityczną w kraju. Nie, żeby twarz tej siły mi się podobała. Sporo osób dostało się, bo się dostało. Kilkoro z nich nie chciałbym jednak widzieć w Sejmie. Ale jest! Czasem trzeba radykalnych argumentów, żeby zwrócić uwagę na pewne rzeczy. Czy uważam, że Palikot zostanie na długo? On tak, jego ludzie nie. Czy uważam, że zrobi coś dobrego? Tak. Może nie przegłosuje ustaw, nie uratuje Państwa. Nie przegoni kryzysu, nie cofnie Smoleńska, nie nawróci Kalisza i nie wyleczy Kaczyńskiego. Ale zwróci na wiele rzeczy uwagę. Wprowadzi trochę fermentu w polityce i może Polacy wyciągną z tego lekcję – zobaczymy w następnych wyborach. Ale wiadomo jedno: przynajmniej pokazał SLD, że nie ma monopolu na lewicowych wyborców. A właściwie… że wyborcy lewicowi są, ale to nie są wyborcy SLD. I dobrze.

Uf… rozpisałem się o tej polityce, paskudztwo… wróćmy może do czegoś miłego. I lokalnego. Będzie o Zwierzętach.

We Wrocławiu od jakiegoś czasu działa Ekostraż. W 2011 byli bardzo, ale to bardzo aktywni, więcej możecie o nich poczytać na ich profilu na facebooku. Uświadomili oni wielu ludziom, zarówno tym głupim, chciwym jak i okrutnym, że pewne zachowania nie są bezkarne. Jeśli więc nie wiecie kogo wstawić do zeznania podatkowego – zapraszam.

Na koniec książka. Książka, którą się zaczytuję, którą jem, pochłaniam, połykam - Życie – Keith Richards. Polecam wszystkim, nie tylko fanom Stonesów!

No i już na sam koniec:

Drogi Czytelniku, Droga Czytelniczko! Chciałem podziękować Ci za te wszystkie sekundy, które straciłeś/aś na tym blogu w 2011 Roku! Dziękuję Ci za nie i życzę Ci, żebyś w 2012 spędził/a je lepiej! Życzę Ci też spełnienia marzeń, zdrowia i udanego pożycia seksualnego!

Crosis

Uwaga! Po długiej nieobecności pojawi się kolejny wpis. Tym razem będzie o wielu aspektach naszego życia: o piwie, piciu, ekologii i kulturze.

Rzecz mianowicie tyczy się butelek bezzwrotnych. Jeszcze do niedawna stanowiły mały odsetek wśród sprzedawanych w Polsce piw, ale ostatnie kilka miesięcy wiele tutaj zmieniło. I mamy wszelakie odmiany Perły, Łomży i innych piw, choćby rodzimej podróbki Desperadosa – Cortesa. No i nie zapominajmy o stuprocentowo niezwrotnych butelkach 600ml.

Niby wszystko fajnie, piwa pijalne (Perłę to nawet lubię, sentyment rodzinnego regionu), ale jak idę ostatnimi czasy przez park albo choćby Wybrzeżem Wyspiańskiego (od mostu w stronę śluzy) to szlag mnie trafia.

Wcześniej zwrotne butelki wymuszały naturalną cyrkulację materiału szklanego – były odnoszone do sklepów albo przez “zbieraczy”, albo przez samych piwoszy, bo przecież 35 lub 50 groszy drogą nie chodzi. Teraz jest inaczej. Piwo się wypija, a butelkę wyrzuca “gdzie bądź”. Pół biedy, jeśli leżą w jednym miejscu i jest szansa, że jakieś służby je zabiorą. Oczywiście, te sterty butelek przemieszane z innymi śmieciami ciągle wyglądają fatalnie, obrzydliwie i wystawiają nam wyjątkowo niską ocenę, ale są możliwe do posprzątania. Natomiast najgorsze co może być, to po prostu rzucenie taką butelką byle gdzie. Butelki ogólnie są szklane, co za tym idzie łatwo się tłuką. Butelki niezwrotne natomiast są z jeszcze niższej jakości szkła (te zwrotne muszą być przystosowane do powtórnego mycia w wysokiej temperaturze itd itd). Ostatnio ze zgrozą obserwuję coraz więcej szkła walającego się po parkach, trawnikach i przystankach. Po prostu katastrofa.

Oczywiście, zawsze można powiedzieć, że to nasza wina. Że to obraz naszej kultury – napić się i zostawić po sobie chlew. I jest to prawda – najchętniej wszystkich śmiecących skazałbym na obowiązkowe 500 godzin sprzątania parków i chodników. Wraz z 1000 złotowym mandatem do zapłacenia.

Ale z drugiej strony – browary, jak wszystkie inne firmy mają coś takiego jak “odpowiedzialność społeczna”. I nie mówię, że są odpowiedzialne za ludzi, dla których 3m do najbliższego śmietnika to już niemożliwy dystans, ale też za swoją strategię. Za swoje decyzje.

Ideałem dla mnie są Niemcy. Tam naprawdę olbrzymi odsetek butelek jest zwrotny, mało tego, system “pfandu” działa naprawdę dobrze i sprawnie. Nie mówię, że da się u nas wprowadzić coś takiego od razu. Ale skoro rząd może zakazać jednorazowych reklamówek lub zmusić sklepy do pobierania opłaty za nie, to dlaczego nie może zmusić browarów do korzystania z butelek zwrotnych?

Mechanizm, który proponuję jest prosty jak konstrukcja cepa:

1. Browar, który sprzedaje piwo w butelce niezwrotnej za każdą wyprodukowaną butelkę musi odprowadzić dodatkowy podatek: 40gr od butelki.

Wiem, wiem, powiecie, że przecież te koszty od razu pójdą na klienta, a Wasza ulubiona “Perła Chmielowa” zdrożeje o 40gr… i dobrze! Bo przecież o to chodzi. Jeśli te 40gr będzie dla Was takim problemem, to kupicie inne piwo, w podobnej cenie – ale w butelce zwrotnej. A dany Browar szybko zorientuje się, że spadek sprzedaży może skorygować jedynie powrotem do opakowań zwrotnych… albo po prostu weźmie to 40gr kosztów na siebie. A wtedy Skarb Państwa odnotuje całkiem niezły wzrost wpływów podatkowych.

Oczywiście nie zlikwiduje to śmiecenia jako takiego. To wymaga wielu lat pracy, zacząwszy od edukowania młodych, a skończywszy na dotkliwym karaniu starych, niereformowalnych brudasów. Ale może warto? Bo jak na razie moje miasto nie wygląda najlepiej.

Masz jakieś komentarze? Pisz tutaj  :)

Kultura przegrywania

22 Czerwiec 2011

Długo nie pisałem. Z powodów różnych. Do napisania tej notki zmotywowało mnie ostatnie wydarzenie – wygranie przez Wrocław konkursu na ESK.

Jak to często bywa, kiedy ktoś wygrywa – muszą być też przegrani. I tutaj nie było inaczej. Na początek proponuję przeczytanie tego artykułu na lubelskich stronach gazeta.pl

Artykuł pełen boleści, żółci, poczucia przegranej i zawiści. Zero obiektywizmu, zero argumentów.

Cytat:

Tego jestem pewien: nasz program Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku był najlepszy. A Lublin był najlepszym kandydatem do tego tytułu.

Drogi Panie Bielesz: ja na Pana miejscu nie byłbym niczego pewien. Bo jak widać taka “pewność” to nic pewnego.

Obiektywnie rzecz ujmując: Lublin nie miał i nie ma lepszej oferty. Pech lokalizacji geograficznej powoduje, że niestety jest to miasto peryferyjne, na dodatek bez przemysłu, bez oferty kulturalnej. Wystarczy spojrzeć na listę muzeów, kin, teatrów, a także na listę imprez kulturalnych, które się w Lublinie odbywają. Do tego odległość od sensownego lotniska, słabe połączenie drogowe…

Wiem, że to nie Wasza wina. Wiem, że przyznanie Lublinowi ESK bardzo by miastu pomogło, umożliwiłoby rozwinięcie skrzydeł, itd itd itd. Ale czy to zawsze ma być powód do dawania? A może jury doszło do wniosku, że nie warto przyznawać tego tytułu miastu, dla którego będzie to “one time story”? Jednorazowe rozwinięcie, które skończy się i pozostanie tylko w pamięci mieszkańców oraz polityków, którzy przez najbliższą dekadę będą się tym chwalić?

Wrocław ma świetną ofertę kulturalną, która cały czas się rozwija. Ten tytuł zwiększy jeszcze ten rozpęd. Ale po jakimś czasie, kiedy kurz opadnie – efekt tego będzie widoczny. Nie będzie to jednorazowy strzał kulturalny, ale element długofalowej polityki. Element, ale nie jej siła napędowa.

Lublin długofalowej polityki kulturalnej nie ma. Po części nie ze swojej winy, po części tak.

Z innej beczki: proszę pamiętać, że kulturalny człowiek potrafi przegrywać. Potrafi pogodzić się z przegraną, nie musi doszukiwać się od razu teorii spiskowych, nie szuka “afer” i “układów”. Zwłaszcza takich, których nie ma. Bo nie wiem czy Pan wie, ale we Wrocławiu PO jest w sporym konflikcie z Dutkiewiczem. Proszę poszukać w archiwum gazety.pl artykułów na temat tego, co się działo w ostatnich wyborach. Lub na temat powodzi. Wtedy zrozumie Pan bezsens swoich twierdzeń.

A co do słynnego “zdzwonimy się”. Drogi Panie, po to wymyślono komórki, żeby się zdzwaniać. I wydaje mi się, że akurat Dutkiewicz i Zdrojewski mają wiele tematów do omawiania i nie musi to być akurat “okradzenie Lublina”.

Reasumując: ten artykuł pokazał, że kultura, a zwłaszcza kultura przegrywania jest Panu obca. Co za tym idzie: niejako usankcjonował Pan powód, dla którego przegraliście.

——————–

Żeby nie było: jako wrocławianin cieszę się, że Wrocław wygrał. Jako człowiek wychowany na ścianie wschodniej, przez wiele lat mieszkający niedaleko Lublina, stały bywalec tego miasta itd – chyba mam pewne prawo do oceny walorów kulturalnych tegoż.

Dzisiaj nadeszła wiekopomna chwila. Piwko zaczęło naprawdę fajnie fermentować po około 4 godzinach, ale dowiedziałem się też, dlaczego nazywa się to fermentacją burzliwą. Psy wieją od misek, kiedy zabulgocze ;)

Bul... bul... bul...

Dzisiaj o 12 minęło dokładnie 24 godziny od zadania drożdży, więc postanowiłem zmierzyć gęstość w skali Ballinga. Przy okazji okazało się, że przy pierwszym pomiarze zapomniałem o sprawdzeniu kalibracji areometru. Cóż, zawsze można to naprawić, nie? ;)
Najtrudniejsze okazało się trafienie z temperaturą wody w 20 stopni. Po kilku minutach jednak się udało – efekt poniżej:

kalibracja, cz. 1

Później był faktyczny test areometru:

Skalibrowany areometr

Jak widać wskazanie 0 jest idealne, więc nie ma na co czekać – trzeba sprawdzać brzeczkę.

Przy sprawdzaniu okazało się, że odczytując wyniki po raz pierwszy zapomniałem o poprawce na temperaturę. Ustaliłem więc, że pierwszy odczyt to 11,5. Teraz było 10, więc w 20 godzin fermentacji zeszło o 1,5. Nie jest źle.

 

I stało się. Dzisiaj nastawiłem pierwszą warkę własnego piwa. Ponieważ piwowarem jestem początkującym, to pierwsza opcja była wg zasady “dla idiotów’. Ale dokładniej o tym za chwilę.

Część pierwsza: hardware. Hardware postanowiłem nabyć drogą kupna w sklepie internetowym Twój Browar. I nie polecam. Po pierwsze: w zestawie nie było rurki fermentacyjnej. Po drugie: fermentator ciekł.

Ale w końcu nie miałem narzekać, tylko robić piwo, prawda? Szybka wizyta w sklepie AGD pozwoliła zaopatrzyć się w dwie rurki fermentacyjne (2 szt za 6,70 PLN) oraz przy okazji wyprowadzić psy. Natomiast wyciek (który był w miejscu zamontowania kranika) naprawiłem minimalną ilością teflonu.

Efekt? Zobaczcie poniżej. Termometr nabyłem za to w sklepie zoologicznym ;)

Fermentator

A teraz co nieco o zestawie. Zdecydowałem się na Coopers Wheat Beer. Zadecydowały dwie kwestie: jest to dość proste piwo fermentacji górnej – to raz. Jest pszeniczne – to dwa. Zestaw zawierał w sobie drożdże. Postępując dokładnie tak jak w instrukcji rozpędziłem się i zastosowałem zwykły biały cukier zamiast ekstraktu słodowego, który kupiłem specjalnie na tę okazję. Cóż, bywa. Ryzykuję najwyżej nieco bimbrowy posmak, pal to sześć. Człowiek musi poczuć różnicę.

Jak już pisałem wszystko zgodnie z instrukcją. Drożdże rozpuszczone w ~0,20 l wody, temperatura 24 stopnie. Około 20 l wody głębinowej z Pruszowic (naprawdę dobra woda, nadaje się do picia bezpośrednio z kranu). Niestety, nie wiedziałem jakie ma pH, bo w żadnej aptece nie ma miernika. Trzeba będzie zamówić.

Po wykonaniu wszystkich czynności w fermentatorze mam jakieś 24 litry brzeczki, temperatura zadania drożdży to ~24 °C. BLG: 10,5-11.

Od nastawienia minęło 90 minut, na razie brak oznak fermentacji :) Czekam :)

A na koniec – projekt etykiety pszeniczniaka – by eRPe.

Etykieta Ramen

Roczek minął…

10 Kwiecień 2011

Dziś 10ty kwietnia. Minął dokładnie roczek od pamiętnego wypadku na ryby nad Bajkał (żeby nie było – ten pod Wrocławiem). Dzień był szczególny, bo wiało i padało. Na dodatek zimno było. Nie złapaliśmy nic, zmokliśmy, zmarzliśmy. Zgubiłem ze 3 haki, zerwałem też koszyczek. Wracając zahaczyłem podwoziem o korzeń. A, jeszcze samolot się rozbił.

To generalnie moje wspomnienia z dnia katastrofy. Owszem, odczułem to. Poczułem, że coś się wydarzyło, coś, o czym będzie się mówić przez najbliższą dekadę. A potem się przestraszyłem. Przestraszyłem się, bo zdałem sobie sprawę, jak wiele politycznych oszołomów może chcieć zbić na tym kapitał polityczny. A potem wpadłem niemal w panikę, bo przecież oni mieli szanse powodzenia.

Minął rok. Społeczeństwo zdało egzamin, nie wpadło w zbiorową histerię. Samorządy i rządzący odrobili lekcje i nie poddali się rozlicznym próbom zastraszenia i emocjonalnego szantażu. Ten szantaż był tym bardziej rozpaczliwy im więcej czasu minęło od katastrofy.

Od teraz co rok ten atak będzie się nasilał, powtarzał. Będzie tym rozpaczliwszy i zdesperowany im mniejsze poparcie społeczne dla osób go wyprowadzających. W końcu jeśli nie słucha Cię nikt, albo sami ekstremiści – to możesz mówić co chcesz.

I tylko mała refleksja: wprowadźmy zasadę, że aby postawić komuś pomnik w miejscu publicznym od śmierci danej osoby musi upłynąć 50 lat. Jeśli za 50 lat ciągle jeszcze będziemy chcieli Lechowi postawić pomnik – to znaczy, że trzeba to zrobić.

W końcu wrzucę otrzymany jakiś czas temu wywiad z Julią Kogan – obdarzoną pięknym głosem i niezłym ciałem wokalistką Leningradu. Miłego czytania :)

Julia Kogan

Julia

Nowe teledyski nowonarodzonego Leningradu wywołały w śród fanów tego zespołu prawdziwy szał. Czyżby naprawdę miejsce Sznura miałaby zająć kobieta? I kim ona jest, ta co przenikliwie śpiewa, sami wiecie o czym? W Kursie (magazyn) rozmawiał z (drugą) wokalistką zespołu, która niespodziewanie zaćmiła jego lidera.

Julia, czy cały czas będzie Pani śpiewać zamiast Sjergieja?

Ja nie mogę powiedzieć że zostałam solistką (wokalistką) zespołu, nim jest Sjergiej Sznurowym, a ja po prostu będę wykonywać więcej piosenek napisanych dla mnie. Można je  będzie usłyszeć w nowym albumie, który w tej chwili jest nagrywany, zaśpiewałam je na niedawnym koncercie w Moskwie, będę śpiewać 10 Grudnia w Petersburgu w „Jubileuszowym” (sala koncertowa).

Po raz pierwszy usłyszałam Panią, kiedy Pani studiowała w akademii teatralnej na kierunku: artysta teatru muzycznego. Wykonywała wtedy Pani, jeżeli się nie mylę, Romans – Czajkowksiego. Czy nie jest Pani ciężko jako człowiekowi z wykształceniem klasycznym, zdecydować się na Leningrad?

Było mi bardzo łatwo podjąć taką decyzję ponieważ pomimo klasyki zawsze zajmowałam się muzyką estradową  i to było dla mnie bardzo ciekawe. Ze Sjergiejem Sznurowym znamy się od lat – chyba od 13. Co prawda, do zespołu trafiłam bardzo przypadkowo – zaprosili mnie abym zaśpiewała piosenkę, a raczej jej kawałek (w studio), następnie zaprosili mnie abym zaśpiewała ją na koncercie, a potem już dostałam zaproszenie do zespołu.

A co to za piosenka?

„Polnyj pizdjec” – „Totalny piździec”

W tym miejscu kontakt telefoniczny się urwał…dzwonimy ponownie.

Czy przekleństwa w piosenkach nie przeszkadzają Pani?

Ja traktuję to naturalnie. Jeżeli ludzie lubią te piosenki, to znaczy, że jest za co. Jest w nich coś więcej niż tylko przekleństwa. To jest dobra, dynamiczna muzyka, której teraz na scenie jest bardzo mało. Jeżeli oczywiście to co robimy można nazwać sceną.

Jak się pracuje ze Sznurem?

Łatwo – on jest adekwatnym, twórczym człowiekiem, ma wyjątkowy talent – pisać hiciory, a takiej zdolności nie posiada każdy muzyk. U nas nie ma przechodnich piosenek, cały repertuar to są hity. Żeby zrozumieć na ile to jest fajne, to trzeba oczywiście je śpiewać, cały czas słuchać i bywać na naszych koncertach. Ostatnio w Moskwie zaśpiewaliśmy nową piosenkę. Na pierwszym koncercie jeszcze nikt  jej nie znał, a na drugi już wszyscy ją śpiewali. Słodki sen , z tego co wiem, w Moskwie jest już super przebojem. Tylko w pierwszych dwóch dniach na YT zanotowano około 200 000 odsłon tego klipu, a teraz ta liczba przekroczyła już 500 000. To jest śmieszne, ale wychodzi na to żeby zostać popularnym trzeba zaśpiewać coś niecenzuralnego.

Wydaje mi się że Pani śpiewa nie tylko z zespołem Leningrad?

Tak, śpiewam jeszcze w zespole „Ska-Jazz” – jego też założyli chłopaki z Leningradu. My nagrywamy bardzo pozytywną muzykę taneczną. Jest ona podobna do piosenek Leningradu, praktycznie taka sama, ale zamiast przekleństw, wszystko jest w języku angielskim – bardzo kulturalne.

Ze Sznurowym i pozostałymi „Leningradowcami” koleguje się Pani, czy łączy was tylko twórczość?

Mamy bardzo zgrany zespół. Codziennie nawzajem się nie odwiedzamy, ale spędzamy ze sobą dużo czasu. W trasach koncertowych u nas zawsze coś się dzieje.

Np?

Myślę, że lepiej nie opowiadać o pijackim szaleństwie.

A ksywę Julia-Nogi wymyślił dla Pani Sznur?

Nie, użytkownicy Internetu. Albo dziennikarze. Plotkę o tym, że jestem mistrzynią pływacką – też oni. Ja naprawdę uprawiałam pływanie dosyć profesjonalnie, nawet miałam ambicję żeby zostać wielką pływaczką, ale do mistrzostwa nie dopłynęłam – rzuciłam to mając 13 lat.

Julia

A kiedy zdecydowała się Pani zostać piosenkarką?

Mając około 14 lat. Śpiewałam i śpiewałam, i zaczęli mi mówić, że mam piękny głos – wtedy zdecydowałam: dobra, piękny głos…to zostanę piosenkarką i tyle.

Czy miała Pani swoich idoli?

Z facetów: Fredy Mercury i w ogóle męska twórczość jest dla mnie dużo bliższa.

A ma Pani jakieś kobiece zainteresowania?

To pytanie zawsze stawiało mnie pod ścianą. Każdy musi mieć jakieś hobby, a u mnie się jakoś nie złożyło. Wyszło na to, że muzyka została dla mnie i pracą i hobby – zastąpiła mi wszystko. No…lubię podróżować jak wszyscy, do ciepłych krajów, leżeć brzuchem do góry na słońcu i odpoczywać. I gotować. W ogóle podoba mi się swobodny sposób życia, ale teraz Leningrad tak niespodziewanie się wskrzesił i zaczęły się intensywne próby. Już się nawet zaczęłam bać o swój głos.

Yulia

A czy nie chce Pani rozpocząć jakiegoś projektu solowego?

Nie chcę. Przecież ja nie piszę piosenek. Potrzebny jest mi stały autor, a w Leningradzie mam możliwość wykonywać piosenki Sznurowa i mi to bardzo odpowiada.

Czytaj resztę wpisu »

Mikrofiltracja atakuje!

7 Kwiecień 2011

Pisałem Wam ostatnio, że zasmakowałem w piwku, które przypomniało mi radosne wakacje spędzane na Lubelszczyźnie? Nie. To Wam napiszę. To piwo to Goolman. Produkowane w Browarze Lubelskim, było nie było bliskim mojemu sercu.

Goolman to nie piwo dla smakosza. Co to to nie. To tanie piwo, gaszące pragnienie, spełniające swoją funkcję. Gazowane akurat, ot, taki sobie prosty lager.

Niestety, Browary Lubelskie pozazdrościły widać sukcesu piwom niepasteryzowanym (jak Ciechan, ave!) i postanowiły wypuścić na rynek kolejną szczynę, szumnie zwaną piwem “niepasteryzowanym”. Zwie się toto, ja pewnie wielu już się domyśliło: “Perła Niepasteryzowana”.

Perła "niepasteryzowana"

Perła "niepasteryzowana"

Tfu.

Oczywiście z niepasteryzowanym piwem z kilkutygodniowym terminem ważności nie ma to nic wspólnego. Kolejne oszustwo, siki naładowane dwutlenkiem węgla i poddane mikrofiltracji – dla niewtajemniczonych: to taka pasteryzacja, ale na zimno. Kastracja smakowa, krótko mówiąc.

Jeśli jednak ma stanąć w szranki z innymi szczynowatymi oszustwami, to zdecydowanie wygrywa z Kasztelanem, ale przegrywa (i naprawdę przykro mi to przyznać) z “niepasteryzowaną” Łomżą.

Sama z siebie jest dość mocno gazowana, ma w sumie słodkawy posmak i jakoś mało goryczki. Po kupnie jednej butelki zdecydowanie odradzam wszystkim, którzy cenią sobie dobre piwo.

I oczywiście fora internetowe kipią zachwytami, jakie to kolejne cudowne niepasteryzowane piwo, godne polecenia piwoszom… sraty taty. Jeśli ktoś nie odróżnia piwa niepasteryzowanego od tego poddanego mikrofiltracji, to niech się zastanowi, czy jest piwoszem.

I do tego kolejny raz idiotyczna maniera z niezwrotną butelką. Naprawdę, browary, które sprzedają piwa w butelkach niezwrotnych powinny być obciążane dodatkowym podatkiem.

Ramen.

Zmiany zmiany i nowości

6 Kwiecień 2011

Czołem!

Ostatnio zobaczyłem na skrzynce komentarz do jednego z postów i pomyślałem sobie… a co, zerknę. I się przeraziłem. Były dni po 50-60 wejść… a ja nic nie pisałem. Kicha. Wstyd. No po prostu mi kurwa głupio.

Nie będę pisał banalnego “przepraszam Was, będzie lepiej” – bo po prostu nie wiem czy będzie. Nie będę się tłumaczył też pracą, dzieckiem, czy też innymi względami osobistymi, bo jakbym sam czytał takiego bloga, to pewnie zapytałbym półgłosem: “A co mnie to, motyla noga, obchodzi”.

Was więc też nie obchodzi dlaczego nie pisałem – i to jest fair.

I tak. W kraju zmieniło się od ostatniego wpisu sporo. Przede wszystkim – cieplej jest. Ostatniego posta pisałem jak było jakieś -15, a dzisiaj proszę – 15 stopni i nawet trochę słońca. To raz.

W polityce niewiele się zmieniło – te same mordy, te same skróty i jakoś nawet te linie w sondażach mnie nie zaskakują. Ani nie stresują.

A przepraszam, zapomniałem – zamierzają wprowadzić płatne studia na drugim kierunku. Dla mnie decyzja jak najbardziej słuszna – zamiast bezrobotnego humanisty z trzema dyplomami będzie bezrobotny humanista z jednym. Plus dla mnie jako podatnika jest taki, że dorzucę się do jego jednego dyplomu, a nie do wszystkich trzech. Alleluja.

No i oczywiście zbliża się Rocznica Katastrofy Katyńskiej. RKK – ładnie brzmi, nie? W związku z tym media pełne są wywiadów, relacji, przypomnień… to by mi nie przeszkadzało, gdyby nie banda hien politycznych, którzy na śmierci tylu osób starają się teraz zbić kapitał. Kurewstwo nieprzeciętne, a na dodatek tak mnie zniechęciło do tego wszystkiego, że 10-tego pewnie po prostu walnę browara i oleję wszystkie media.

Przy okazji mediów – oczywiście katastrofa jest na pierwszym miejscu. O tym, że polscy naukowcy opracowali możliwości fabrycznego wykorzystania materiału, który może dać technologii kopa jak cholera – niewiele. Cóż, jaki naród, takie priorytety. Jutro dalej będzie o Smoleńsku, ale o naukowcach to już nic.

Za to u mnie dzisiaj będzie o piwie. Ale to za chwilę :)

Kasztelan Niepasteryzowany

Kasztelan Niepasteryzowany

Po sukcesach piw takich jak Ciechan, Noteckie i wielu innych, niepasteryzowanych, smacznych i do tego niedrogich obserwujemy ostatnio ofensywę koncernów. Ale ponieważ nikt nie uwierzy w np Niepasteryzowanego Carlsberga, to duże koncerny zaczynają wypuszczać “niepasteryzowane” piwa z mniejszych browarów, które do nich należą. Ostatnio opisałem sytuację z Niepasteryzowaną Łomżą . Tym razem skusiłem się na Niepasteryzowanego Kasztelana.

I znów się zawiodłem! Okazało się, że koncernom nie zależy na zrobieniu piwa, które można określić jako “dobre”. Im zależy na sprzedaży. Dalej więc będą lać do puszek/butelek pseudopiwny wyrób i nazwą go “niepasteryzowanym” tylko po to, żeby oszukać klientów. A może się nabiorą i zamiast naprawdę dobrego piwa kupią ich popłuczyny?

Ja kupiłem. Co prawda zrobiłem to trochę w ramach eksperymentu, ale przynajmniej mogę Was wszystkich ostrzec.

Podobnie jak w przypadku Łomży, to piwo nie smakuje jak piwo niepasteryzowane. Jest nieco bardziej wyraziste niż inne masówki, delikatnie lepsza goryczka… ale gdzie mu tam do Gniewosza, Noteckiego czy też innych małych browarów. Zwykła ściema.

Generalnie jeśli szukacie niezłego piwa, które i ceną i smakiem bije Lecha, Tyskie i inne śmieci – Kasztelan jest jak znalazł. Jeśli chcecie dobrego piwa, którym można się delektować – odradzam, odradzam i jeszcze raz odradzam. Po prostu się zawiedziecie.

I tutaj jest wg mnie kolejny moment, kiedy wkroczyć powinien ustawodawca. Każdy kraj chroni swoich konsumentów, definiując pewne pojęcia, które musi spełnić produkt, aby mógł się nazywać w określony sposób. To metoda ochrony rynku, zwiększania konkurencji oraz ograniczania firm w kwestii oszukiwania klientów.

Czas najwyższy, żeby nasz rząd zdefiniował jaki musi być proces produkcyjny piwa,  żeby mogło być nazwane “niepasteryzowane”. Może wtedy koncerny przestaną próbować nas oszukiwać. No, a przynajmniej będą musieli poszukać nowych metod.

Lajlalilalulilaj :)

11 Luty 2011

Lajlalilalulilaj i jeszcze raz: lajlalilalulilaj. To taki fajny fragment kawałka, który chciałem Wam polecić. Zobaczyć możecie tutaj:

przyszedł mi akurat dzisiaj do głowy, bo jest świetnym kawałkiem na pozytywne zmiany w życiu. Trochę uwodzi, trochę porywa, bardzo wciąga. Pozytywnie nakręca i pozytywnie ładuje. I było nie było, był też wykorzystany w spektaklu Leningrad. Tutaj jest tłumaczenie zrobione do potrzeb spektaklu, a przynajmniej to, co zapamiętałem…

Co prawda piosenka pochodzi z albumu o podstępnym tytule Made in Zhopa, ale z dupy to on na pewno nie jest.

 

Idę po ulicy, uśmiech twarz przecina,

dziwią się przechodnie skąd u mnie ta mina,

A ja mam sandały na letnie upały.

Ja już wszystko mam,

On już wszystko ma!

Pełne mam kieszenie

ziela nad ziele

Kieszeń mam wypchaną,

Marihuaną!

Po ulicy idę, uśmiech twarz przecina,

Aż tu nagle ręce ktoś mi w tył wygina,

Panie Komendancie! Wy mnie nie macajcie.

Nie przyczyną jest gras,

że szczęśliwą mam twrz,

możesz w dyby mnie brać

lecz w kieszeniach mam patrz

zieloną

zieloną

zieloną

zieloną

herbatę.

Pełne mam kieszenie

ziela nad ziele!

Podbudowuje, nie? Zwłaszcza ten uśmiech na twarzy!

Jeśli ktoś ma ochotę przetłumaczyć oryginalny tekst i mi przysłać, zapraszam do kontaktu (zostaw dane w komentarzu albo napisz na crosis[at]idepozapalki.pl  :)

Gdyby ktoś zapytał mnie, czy chciałbym spróbować dwustuletniego piwa, chyba bym odmówił. No, pod warunkiem, że nie byłoby to piwo pochodzące z wraku statku, który zatonął w latach 1800-1830 na Bałtyku, niedaleko wybrzeży Finlandii.

Okazało się, że statek prawdopodobnie płynął z Francji do Sankt Petersburga. Oprócz piwa przewoził też szampana, który również zachował się w stanie idealnym.

Oczywiście pytanie brzmi: jak to możliwe, że piwo, warzone przecież naturalnymi metodami przetrwało tyle czasu? Wg naukowców powodem jest stała temperatura, która na głębokości wraku wynosiła 4-5 stopni. Cóż, pozostaje nam tylko sprawdzić, które z naszych “naturalnie warzonych” piw tyle wytrzyma. Oczywiście wszelkie koncerniane pomyje na dzień dobry wyrzucamy.

Niezależnie od wyników testu gratuluję znaleziska. Teraz mam nadzieję, że mistrzom robienia piwa uda się choć w 90ciu procentach odtworzyć recepturę tego piwa i być może spróbujemy czegoś, co piło się 200 lat temu. Zobaczymy, czy nam się spodoba.

Z innej beczki: ciekawe, skąd to piwo pochodziło. Bo o ile francuskiego szampana to jeszcze zrozumiem, ale francuskie piwo???

dwustuletnie piwo :)

dwustuletnie piwo :)

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.