Kasztelan Niepasteryzowany

Kasztelan Niepasteryzowany

Po sukcesach piw takich jak Ciechan, Noteckie i wielu innych, niepasteryzowanych, smacznych i do tego niedrogich obserwujemy ostatnio ofensywę koncernów. Ale ponieważ nikt nie uwierzy w np Niepasteryzowanego Carlsberga, to duże koncerny zaczynają wypuszczać “niepasteryzowane” piwa z mniejszych browarów, które do nich należą. Ostatnio opisałem sytuację z Niepasteryzowaną Łomżą . Tym razem skusiłem się na Niepasteryzowanego Kasztelana.

I znów się zawiodłem! Okazało się, że koncernom nie zależy na zrobieniu piwa, które można określić jako “dobre”. Im zależy na sprzedaży. Dalej więc będą lać do puszek/butelek pseudopiwny wyrób i nazwą go “niepasteryzowanym” tylko po to, żeby oszukać klientów. A może się nabiorą i zamiast naprawdę dobrego piwa kupią ich popłuczyny?

Ja kupiłem. Co prawda zrobiłem to trochę w ramach eksperymentu, ale przynajmniej mogę Was wszystkich ostrzec.

Podobnie jak w przypadku Łomży, to piwo nie smakuje jak piwo niepasteryzowane. Jest nieco bardziej wyraziste niż inne masówki, delikatnie lepsza goryczka… ale gdzie mu tam do Gniewosza, Noteckiego czy też innych małych browarów. Zwykła ściema.

Generalnie jeśli szukacie niezłego piwa, które i ceną i smakiem bije Lecha, Tyskie i inne śmieci – Kasztelan jest jak znalazł. Jeśli chcecie dobrego piwa, którym można się delektować – odradzam, odradzam i jeszcze raz odradzam. Po prostu się zawiedziecie.

I tutaj jest wg mnie kolejny moment, kiedy wkroczyć powinien ustawodawca. Każdy kraj chroni swoich konsumentów, definiując pewne pojęcia, które musi spełnić produkt, aby mógł się nazywać w określony sposób. To metoda ochrony rynku, zwiększania konkurencji oraz ograniczania firm w kwestii oszukiwania klientów.

Czas najwyższy, żeby nasz rząd zdefiniował jaki musi być proces produkcyjny piwa,  żeby mogło być nazwane “niepasteryzowane”. Może wtedy koncerny przestaną próbować nas oszukiwać. No, a przynajmniej będą musieli poszukać nowych metod.

Lajlalilalulilaj :)

11 Luty 2011

Lajlalilalulilaj i jeszcze raz: lajlalilalulilaj. To taki fajny fragment kawałka, który chciałem Wam polecić. Zobaczyć możecie tutaj:

przyszedł mi akurat dzisiaj do głowy, bo jest świetnym kawałkiem na pozytywne zmiany w życiu. Trochę uwodzi, trochę porywa, bardzo wciąga. Pozytywnie nakręca i pozytywnie ładuje. I było nie było, był też wykorzystany w spektaklu Leningrad. Tutaj jest tłumaczenie zrobione do potrzeb spektaklu, a przynajmniej to, co zapamiętałem…

Co prawda piosenka pochodzi z albumu o podstępnym tytule Made in Zhopa, ale z dupy to on na pewno nie jest.

 

Idę po ulicy, uśmiech twarz przecina,

dziwią się przechodnie skąd u mnie ta mina,

A ja mam sandały na letnie upały.

Ja już wszystko mam,

On już wszystko ma!

Pełne mam kieszenie

ziela nad ziele

Kieszeń mam wypchaną,

Marihuaną!

Po ulicy idę, uśmiech twarz przecina,

Aż tu nagle ręce ktoś mi w tył wygina,

Panie Komendancie! Wy mnie nie macajcie.

Nie przyczyną jest gras,

że szczęśliwą mam twrz,

możesz w dyby mnie brać

lecz w kieszeniach mam patrz

zieloną

zieloną

zieloną

zieloną

herbatę.

Pełne mam kieszenie

ziela nad ziele!

Podbudowuje, nie? Zwłaszcza ten uśmiech na twarzy!

Jeśli ktoś ma ochotę przetłumaczyć oryginalny tekst i mi przysłać, zapraszam do kontaktu (zostaw dane w komentarzu albo napisz na crosis[at]idepozapalki.pl  :)

Gdyby ktoś zapytał mnie, czy chciałbym spróbować dwustuletniego piwa, chyba bym odmówił. No, pod warunkiem, że nie byłoby to piwo pochodzące z wraku statku, który zatonął w latach 1800-1830 na Bałtyku, niedaleko wybrzeży Finlandii.

Okazało się, że statek prawdopodobnie płynął z Francji do Sankt Petersburga. Oprócz piwa przewoził też szampana, który również zachował się w stanie idealnym.

Oczywiście pytanie brzmi: jak to możliwe, że piwo, warzone przecież naturalnymi metodami przetrwało tyle czasu? Wg naukowców powodem jest stała temperatura, która na głębokości wraku wynosiła 4-5 stopni. Cóż, pozostaje nam tylko sprawdzić, które z naszych “naturalnie warzonych” piw tyle wytrzyma. Oczywiście wszelkie koncerniane pomyje na dzień dobry wyrzucamy.

Niezależnie od wyników testu gratuluję znaleziska. Teraz mam nadzieję, że mistrzom robienia piwa uda się choć w 90ciu procentach odtworzyć recepturę tego piwa i być może spróbujemy czegoś, co piło się 200 lat temu. Zobaczymy, czy nam się spodoba.

Z innej beczki: ciekawe, skąd to piwo pochodziło. Bo o ile francuskiego szampana to jeszcze zrozumiem, ale francuskie piwo???

dwustuletnie piwo :)

dwustuletnie piwo :)

Idepozapałki zobowiązują. Do wielu rzeczy. Na przykład do tego, żeby w pierwszy ciepły wieczór lutego (!!!) wybrać się na piwo na ławkę. Niedaleko pergoli, żeby nie było.

Dodając dwa do dwóch można szybko stwierdzić, że poniedziałek może nie być najciekawszy. Upierdliwość tego generalnie upierdliwego dnia tygodnia wzrasta w stosunku kwadratowym do liczby piw z niedzielnego wieczoru.

Jak wiadomo, taki stan psychofizyczny sprzyja obniżaniu się tolerancji na wszelkiego rodzaju absurdy. I tutaj na pierwsze miejsce wchodzi pracownica Wrocławskiej Straży Miejskiej.

Tak, nie mylicie się. To ta formacja, która zaskarbiła sobie dozgonną miłość wrocławian poprzez nadzwyczaj sumienne wykonywanie 10% swoich obowiązków, polegających na wciskaniu mandatów w określonych miejscach, kompletnie zlewając pozostałe 90%, czyli pojawianie się tam, gdzie interwencja jest potrzebna.

Teraz porozmawiajmy trochę o definicji trawnika. Żeby jednak wprowadzić Was w klimat oraz tok myślenia przedstawicielki owej formacji, zacytuję Wam pewną definicję.

“XXX jest przeszkodą wodną o nieregularnych brzegach, nieokreślonej głębokości, możliwą do pokonania bez użycia specjalistycznego sprzętu, nie mającą znaczenia strategicznego”

Co to jest XXX? Otóż jest to nasza prosta, znajoma kałuża. Definicja pochodzi z czasów, kiedy autor tego tekstu zdobywał szlify podoficera MW RP. (i zdobył).

Absurdalność tej definicji jest oczywista. Ale też pokazuje pewien tok myślenia.

Zerknijcie teraz tutaj:

http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35751,9066653,Co_to_jest_trawnik__Wyjasnia_wroclawska_straz_miejska.html

Wg funkcjonariuszki naturalnie trawnik jest tam, gdzie jest trawa. Jak trawy nie ma, albo jej nie widać, to nie ma trawnika. Ale proszę Państwa, zauważcie, że ta kobieta otworzyła wiele innych zimowych precedensów. Bo na przykład jak można dostać mandat za przechodzenie w niedozwolonym miejscu przez jezdnię, kiedy jezdni nie ma? Bo w końcu jeśli przykrywa ją śnieg, to jej tam nie ma. Szlaki przetarte. Czym się tam wsławia ta formacja jeszcze? A, zapomniałbym, parkowaniem. Np parkowanie na Wybrzeżu Wyspiańskiego na “wypaskowanych miejscach”. Każdy praworządny obywatel powinien założoną blokadę ciąć kątówką o ile tylko paski zakrywa śnieg. Bo jak nie widać pod spodem jezdni, to i znaki nie obowiązują (poziomie lub pionowe). Wszak nawet poziome obowiązują tylko na drogach.

Ale Straż Miejska to po prostu przykład małego rozgarnięcia jednostki, od której się zbyt wiele nie oczekuje. Coś, co przytoczę teraz to sprawa większego kalibru, a pokazuje głupotę oraz cwaniactwo jednostek dwóch. Wyżej postawionych i bardziej władnych.

http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35751,9068060,We_Wroclawiu_automaty_biletowe_psuja_sie_z_nowosci.html

 

Po pierwsze na pewien rodzaj podziwu zasługuje wg mnie konsekwentnie bezczelna postawa mennicy. Bezczelna do bólu, żałosna, irytująca, ale za to jaka konsekwentna. Jak automaty będą dalej padać, to powiedzą, że gęstość powietrza jest zła i zamiast się dotrzeć – się zatarły.

I żeby nie było – cwaniactwo wykonawcy zawsze powinno być ograniczone ramami umowy. Czyli w tej sytuacji Miasto Wrocław przedstawia Mennicy umowę, protokoły potwierdzające nie wykonanie usługi oraz roszczenie w postaci kar umownych. Ale proszę Państwa, co się stało? Ano nie można. Dlaczego? Bo oprócz opłacania z naszych podatków gamoni z SM opłacamy też jeszcze większych gamoni. Co gorsza takich, co to opiniują i przedkładają do podpisu umowy takie, jak ta z Mennicą.

Ja się pytam, dlaczego mam się zrzucać na pensję idioty, który w każdej normalnej firmie wyleciałby na zbity pysk za działanie na szkodę tejże? Dlaczego w tym kraju pełnym absurdów musimy tolerować finansowanie głupoty z własnej kieszeni?

Coraz bardziej przestaje mi się to podobać. Może jednak płacenie podatków w innym kraju ma jakiś sens? Przynajmniej miałbym świadomość, że idą na jakiś sensowny cel. Bo każdy cel za wyjątkiem pensji wspomnianych w tej notce ludzi jest sensowny. Bo biorąc pod uwagę poziom ich pracy, to te pieniądze można równie dobrze wsadzić psu w dupę. Tylko szkoda psa.

 

Zło ścigać trzeba. Cały czas trąbią o tym politycy, kapłani przeróżnych wyznań, rodzice, dziadkowie, katecheci i nauczyciele. Bo zło jest złe. I człowiek od urodzenia ma zaszczepione pewne podejście do zła. Przede wszystkim mówiące “zło trzeba piętnować”. I pewnie dlatego kino i literatura pełne są bohaterów, którzy tak robią. Jedni bardziej realistyczni, inni mniej, jedni lepsi, drudzy gorsi. W panteonie tych nowożytnych herosów całkiem wysokie miejsce zajmuje niejaki agent 007. Nie dość, że o jego przygodach nakręcono X filmów, w jego postać wcieliło się Y aktorów, przeleciał Y^X kobiet pijąc przy tym mnóstwo martini i zabijając złych typów, to jeszcze doczekał się spektaklu w teatrze Capitol. Tytuł spektaklu powinniście już odgadnąć… brzmi on: Ścigając zło.

Spektakl w oczywisty sposób odwołuje się do samej postaci słynnego agenta Jej Królewskiej (m)Ości. Agenta, który przez ostatnie dekady ciągle jest coraz lepszy, coraz przystojniejszy, coraz bardziej ugadżeciowiony. A coraz mniej realny. I chyba to jest jeden z motywów tego spektaklu – pozwala widzowi spojrzeć na postać Bonda z dystansem. Uśmieszkiem. Ironią.

Sam Bond objawia się jako pół-martwy, pół-żywy, elektryczny tancerz. Tancerz śmierci, tancerz electric boogie, błyszczący stwór z klikającymi stawami. Piotr Saul okazuje się fantastycznym strzałem, bo oprócz genialnego tańca prezentuje nam swoje nieprzeciętne umiejętności beat boxera.

Co się dzieje później? Nie będę opowiadał ze szczegółami, bo ten wpis ma Was zachęcić do zobaczenia spektaklu, ale powiem tylko, że jest pysznie. Na scenie pojawia się cała plejada postaci, smutnych, wesołych, przestraszonych, ironicznych lub nie. To, czego sobie nie odmówię, to złożenie hołdu Emose Uhunmwangho. Jej występ jako szamanki w nieśmiertelnym kawałku Tiny Turner powala na kolana. Dosłownie.

Aby Was zachęcić jeszcze bardziej mogę tylko powiedzieć, że na pewno nie zabraknie w tym spektaklu ironii, zabawy oraz (całkiem niezłych) popisów akrobatycznych. Jest też Duran Duran, który może nie powala jak Emose, ale bawi niemal do łez.

Niektórzy mówią, że spektakl był nierówny. Trudno się nie zgodzić, bo był. Nie wszyscy śpiewający prezentują ten samo poziom, nie wszyscy równie dobrze radzą sobie z angielskim… ale przy odrobinie dobrej woli można z tego uczynić duży plus spektaklu. Bo Agent 007 w różnych swoich wcieleniach też nie był równy. Taki sam. Równie inteligentny, szarmancki, przystojny.

Wg mnie podsumowaniem powinien być cytat, który jest też tytułem tej notki: “trzeba mieć fun ścigając zło”. Podczas tego spektaklu widać, że ten właśnie fun jest głównym celem, motywem przewodnim. Fun zdają się mieć aktorzy, muzycy, a przede wszystkim: fun zdają się mieć widzowie. Ja na pewno miałem.

Jeśli uważacie się więc za ludzi, którzy bywają tam, gdzie warto bywać, to do Polskiego (tam jest gościnnie grany spektakl) na pewno musicie się wybrać.

Więcej o spektaklu:

http://www.teatr-capitol.pl/component/content/article/43/560-scigajac-zlo-rewia-sensacyjna

Zdjęcie pochodzi ze strony:

http://www.teatr-capitol.pl/component/content/article/43/560-scigajac-zlo-rewia-sensacyjna

Piotr Saul jako mechaniczny James Bond

Miłej zabawy!

Dwa razy nie!

19 Styczeń 2011

Czas na kolejny klip Leningradu :) Oto dwie wersje z Youtube, jedna w kolorze, druga – bez ;)

My nerves are thinning even those from the steel,

They have become no good, I am so annoyed!

But I fill my legs into the boots,

Hell you will catch me…life is good…

life is good, life is good, life is good….yeah!

La-la-la, fuck, fuck! La-la-la, fuck, fuck! La-la-la, fuck, fuck!

Please be so kind and trim off my ears,

I want to hear but don’t wanna listen,

There’s always an answer, when there’s no questions,

And the answer is as flaming as pioneers greeting

pioneers greeting, pioneers greeting, pioneers greeting…yeah!

La-la-la, fuck, fuck! La-la-la, fuck, fuck! La-la-la, fuck, fuck!

Now, let’s all together in a unity (sing),

So everyone can hear our song,

This is a last scream of our Russian soul…yeah!

Russian soul, Russian soul, Russian soul…yeah!

La-la-la, fuck, fuck! La-la-la, fuck, fuck! La-la-la, fuck, fuck!

Tak dokładne tłumaczenie mamy dzięki jednemu z fanów Leningradu na Youtube :) Dzię-ku-je-my! :)

Zauważcie, że to kolejny kawałek w którym Yulia odgrywa sporą wokalną rolę i tym bardziej mi się podoba! :)

Ładna zapowiedź życzeń noworocznych, prawda? ;) Zobaczcie więcej w klipie Leningradu “Tough Chick”!

 

I oczywiście tekst, sens wyrażeń idiomatycznych wstawiłem w brackety (jak mnie zapewniają koledzy z vkontakte.ru jest to absolutnie nieprzetłumaczalne)

Wszelkie uwagi mile widziane!

Pour me one more glass,
I will dance right now!
Oh, what a pretty boy!
I want him in my bed!

I’m so tough
When I’m drinking wine,
I feel like I’m flying
so everybody, fuck OFF!

Give a fire to a lady,
I’ll smoke with you.
You are young and sympathetic
I’ll have you today

I’m so tough
When I’m drinking wine,
I feel like I’m flying
so everybody, fuck OFF!

can’t control my cunt today,
surely can’t control
lets drive to my place, my honey,
[and we'll have a sex]

I’m so tough
When I’m drinking wine,
I feel like I’m flying
so everybody, fuck OFF!

 

Niektórych może też zaciekwić tekst konferansjera… otóż koledzy z wspomnianego portalu pomogli mi i z tym:

Początek:

The New Year 2011 is steadily approaching.
And as always, any new year, any real,
elegant, powerful and total holiday don’t passes
without the participation of the group “Leningrad”. Go on!

Koniec:

“Leningrad”, as usually, impressed us with its refinement and now – duet. piano – Vladimir Putin, glockenspiel – Dmitry Medvedev! It’s premiere!

 

I ja też, w tym duchu chciałem życzyć Wam wszystkim nowego roku w zdrowiu, dostatku, itd. A przede wszystkim takiego, w którym osiągniecie w swoim życiu stan wykluczający wyprawę “po zapałki”. No, chyba, że na tego bloga!

Na zdorovie!

 

Kim jest Guboshlep?

11 Styczeń 2011

Стас Барецкий

Każdy, kto przeglądał kawałki Leningradu na necie musiał trafić na Guboshlepa. A ja, ponieważ mam delikatnego jobla na punkcie Leningradu, zacząłem się zastanawiać, kim tak naprawdę jest koleś, który występuje w tym teledysku, pojawia się na fotkach, w wywiadach i na koncertach.

Nieocenione jak zwykle okazały się wikipedia, youtube i google translate. Okazuje się więc, że jest to Stas Baretsky (Стас Барецкий), na rosyjskiej wiki określony jako członek zespołu do 2008 roku (czyli momentu, kiedy Shnur ogłosił rozwiązanie grupy).

Dołączył prawdopodobnie w 2004 roku, kiedy zespół grał dość mocno. Na wydanej w 2005 roku płycie Bread słowa do dwóch kawałków napisał właśnie on (Heavenly tennis i Credit).

Specjalnie dla Was, wykonanie kawałka Niebiański Tenis, live, z 2006 roku

Sam Stas ma dość ostre poglądy, lubi wypić i powiedzieć co myśli. Zdarzyło mu się też coś zaśpiewać, choćby tutaj:

Od razu nadmienię, że z chęcią dowiem się, na czym był ten kawałek wydany ;)

Nie zapominajmy, że Stas sam nagrał 3 płyty, do tego Leningrad nie jest jedynym projektem, w jakim brał udział. A, zapomniałem: zanim zainteresował się muzyką pisał wiersze ;)

Cóż, dla mnie zawsze będzie się kojarzył z Gubshlepem ;) A Wam? ;)

 

 

 

Leningrad. Dobra muza, fajne teksty, tylko jakoś informacji w internecie brakuje… cóż. Postanowiłem dwie rzeczy:

1. Zrobię tutaj małe repozytorium kawałków, tłumaczeń, wywiadów.

2. Nauczę się rosyjskiego! A CO!

Na początek kawałek z 2006 roku, Guboshlep

I od razu angielski test, co by wiedzieć o czym Shnur śpiewa:

1
I had a once-best friend
His name was Vasily or Stepa
When he was very drunk
Then that’s the song he sang GUBOSHLEP!
Pu-ru-ru-boom-boom ….
don `t stop GUBOSHLEP!

2
When I am good or if not very
In the early morning or late at night
I remember the song GUBOSHLEP
He was number one the king of hip-hop
Pu-ru-ru-boom-boom ….
don `t stop GUBOSHLEP!

3
He was a good man named GUBOSHLEP
Hero of the charts in top positions
But vodka has destroyed his talents
He was reborn as a frog-mutant
Pu-ru-ru-boom-boom ….
don`t stop GUBOSHLEP!
Vodka is Wicked.

Cóż, co do jednego się z Shnurem zgadzam – wódka jest, a raczej bywa zła ;)

Ludzie z Google muszą naprawdę lubić Leningrad… przy okazji szukania informacji o moim ulubionym rosyjskim zespole musiałem skorzystać z google translate. Nawet sobie nie wyobrażacie jak się zdziwiłem kiedy po wklejeniu tego:
Сергей Шнуров

Czyli imienia i nazwiska wokalisty:  Sergey Shnurov otrzymałem:

Tears for Fears.

Tłumaczyłem z rosyjskiego na angielski, ale potem wrzuciłem polski, francuski, niemiecki – wszędzie Tears for Fears. Co ciekawe tłumaczenie imienia i nazwiska osobno daje poprawne rezultaty…

Cóż, to tylko pokazuje, że Leningrad ma fanów po prostu wszędzie ;)

butelka_lomza

Butelka Łomży niepasteryzowanej

Dzisiaj robiłem piwne zakupy, które z założenia miały się mieścić w kwocie uzyskanej ze sprzedaży butelek. Ot, takie przyjemne z pożytecznym.

Ponieważ Łomża ostatnio się całkiem nieźle reklamuje, a jej pasteryzowana, knajpiana wersja całkiem mi smakuje (wyróżnia się na tle piwnopodobnych napoi spod znaku Lecha i Tyskie), a w knajpie embargo na piwa w butelkach bezzwrotnych nie obowiązuje.

Tak więc zakupiłem Łomżę Niepasteryzowną. Ascetyczna naklejka, kształtna butelka 0,33l… skusiłem się. I, ku mojemu rozczarowaniu – się zawiodłem.

Nie jest warta swojej ceny, to pewne. Nie jest też godna występować na półce piw niepasteryzowanych obok Ciechana albo Noteckiego…

Smak. Sikaczowy do kwadratu. Goryczka rodem z kiepskiego lagera, poza tym zero, autentycznie zero smaku.

Równej porażki dawno nie piłem. Jednak sprawdza się stwierdzenie, że piwa koncernowe (a Łomża należy do Royal Unibrew) nie są w stanie wypuścić dobrego piwa.

Łomży mówimy stanowcze nie. Ktokolwiek będzie miał ochotę – tysiąckroć bardziej polecam piwa z Czarnkowa.

PS

około 5cio miesięczny termin ważności…

100 odsłon osiągnięte

22 Listopad 2010

Czas umierać. A przynajmniej otworzyć piwo. Dziś, 22go listopada 2010 roku o 22:20 statystyki wordpressa powiedziały mi, że jednego dnia było równo 100 odsłon strony.

Wszystkim czytelnikom chciałem powiedzieć “dziękuję” i pogratulować cierpliwości do czytania moich wypocin ;)

Dzięki! I na zdrowie!

… mówi każdy mężczyzna przynajmniej raz w życiu. Jeśli ktoś ma pecha, to może być to jego ostatni raz. Jeśli ma jeszcze mniej szczęścia, to kończy się to jego kompletnym bankructwem i szukaniem taniego pokoju do wynajęcia. A jeśli ma cholernie dużo szczęścia, to to piwo dostanie. Ja dostałem. Nawet dwa ;)

I nie chodzi tutaj o brak wzajemnego szacunku czy inne takie emancypacyjne bzdety. Oczywiście, usłyszałem szereg warunków, przypłaciłem to dwudniowym zobowiązaniem do mycia naczyń i wyprowadzania psów… ale zawsze warto.

To chyba definicja partnerstwa. Wiem, że to mało zapałkowy temat, ale w sumie… czemu nie. Każdy facet przynajmniej raz w życiu jest w związku i kwestia partnerstwa jakoś tam go dotyczy. I musi to jakoś ustalić.

Oczywiście, strategie są różne. Najlepiej od początku wyjść z założenia, że z kobietą się nie wygra. Dlaczego? To bardzo proste. Otóż planując zwycięstwo można narazić się na sromotną porażkę. A planując od początku porażkę można przynajmniej określić jej potencjalny rozmiar. I być może nieco ograniczyć.

Aby odpowiedzieć sobie  na pytanie: dlaczego mamy w tej bitwie marne szanse wystarczy przeanalizować dostępny arsenał środków bojowych. Kobieta ma ich całą masę, poczynając od cichych dni, fochów, płaczu, groźnych spojrzeń, płaczu, obrażania się, płaczu aż po środki naprawdę wielkiego kalibru: odstawienie od seksu i nie golenie nóg.

A my? Nasze golenie pozostają i tak owłosione, brak seksu znosimy dużo gorzej, a bojkot małych napraw jej samochodu może najwyżej nas więcej kosztować, ewentualnie każdy pracownik stacji benzynowej będzie kojarzył naszą kobietę z “tą miłą laską, której ostatnio wymieniał żarówkę”. Ot i cała filozofia.

Oczywiście są jeszcze drobne naprawy w domu, ale stawianie ich jako elementu przetargowego nie jest raczej sensowne. I tak dowiemy się, że nic nie robimy a sąsiad z chęcią to zrobi.

Jednym słowem  – przegrywamy na całej linii. I czas się z tym pogodzić.

Dzięki akceptacji pewnych oczywistych faktów możemy w całym partnerskim układzie zachować twarz. Oczywiście, wymaga do z naszej strony połknięcia własnej dumy (czasem), ale też może zaskarbić nam całkiem sporo wdzięczności (która niestety się nie kumuluje ani nie przechodzi na kolejny okres). Z wdzięcznością kobiety jest jak z promocją w castoramie. Obie rzeczy szybko przemijają.

W każdym razie warto czasem zastanowić się, czy przygotowanie obiadu, umycie naczyń czy też pobieganie z odkurzaczem aby na pewno umniejszy naszą dumę. A nawet jeśli… to czasem warto powiedzieć:

“Podaj mi piwo kobieto!”

I dostać piwo, a nie puszką w łeb ;)

Od razu i na samym początku zaznaczę, że palę. Długo i dużo. Nawet więcej – oprócz nałogu odczuwam jeszcze niesamowitą przyjemność palenia, i to nie tylko papierosów. Uwielbiam fajkę wodną (tytoń różany jest najlepszy), tabakę, cygara, fajkę… Po prostu lubię produkty tytoniowe. Pomyślicie, że jako taka osoba będę przeciwny zakazowi palenia – nic bardziej mylnego. Jest kilka powodów:

  • nienawidzę śmierdzieć;
  • nienawidzę robić prania po każdym weekendzie tylko dlatego, że nie mogę przejść obok kubła na brudy;
  • uwielbiam rozkoszować się smakiem i zapachem dobrego piwa;
  • lubię zjeść bez smrodu fajek;
  • cieszy mnie, kiedy mimo wszystko palę mniej.

Te wszystkie elementy czynią mnie fanem tego zakazu. Tylko, że jak to zwykle w Polsce – ludzie piszący ustawy zdają się być daleko od rzeczywistości. Po pierwsze: po co wprowadzać zakaz kiedy nie daje się odpowiednim służbom narzędzi do jego egzekwowania?

Po drugie: dlaczego wprowadza się zakaz, który z góry jest skazany na niepowodzenie? Np zakaz palenia na przystanku. Nie dość, że nikt nie wie, jak zdefiniować gdzie przystanek się zaczyna, a gdzie kończy to jeszcze na większości przystanków stoją śmietniczki wyposażone… w popielniczkę. Taki mały zonk.

Znając polską mentalność mającą korzenie w czasach liberum veto z niecierpliwością oczekiwałem na wprowadzenie tego zakazu. Potem też patrzyłem na to, jak się do niego stosują. Przed większością knajp stoi sobie karny tłumek palaczy. Śmieją się, żartują – to plus zakazu. Siedząc w knajpie człowiek zazwyczaj zamyka się we własnym towarzystwie, w gronie swoich znajomych. Wyjście na fajkę przed bar umieszcza nas w towarzystwie innych osób, sprzyja socjalizacji. Sporo fajnych ludzi poznałem w ten sposób będąc w krajach, gdzie taki zakaz obowiązuje.

Innym plusem jest oczywiście to, że pali się mniej. Oczywiście, najbardziej stracą koncerny tytoniowe i właściciele pubów, ale to inna historia. Dla mnie jednak różnica wypalonej paczki a, powiedzmy, 5ciu papierosów jest kolosalna. Przede wszystkim w samopoczuciu dnia następnego (największy kac jest od fajek) ale też w portfelu.

Minusem jest tylko to, że obserwując jeden z lokali przekonałem się o tym, jak słabo jest u nas rozwinięta postawa obywatelska. W tym miejscu gdzie byliśmy siedziało sobie przy stoliku dwóch kolesi. Niby kulturalni, ale bezpardonowo odpalali fajki, a popielniczkę zrobili z butelki. Nikt im nie zwrócił uwagi – ani barman, ani pozostali klienci. Coś takiego w Szwecji czy Anglii nie byłoby możliwe… ale cóż, u nas trzeba na to jeszcze poczekać.

Mimo to najbardziej martwi mnie ofensywa antynikotynowych radykałów. Na wybiórczej oczywiście dramatyczna relacja jakiejś dziennikarki, która widać minęła się z powołaniem – tym razem z detektywistyczną dokładnością tropiły przejawy palenia. Oczywiście oburzenie wywołuje teraz najmniejsza mgiełka dymu – a to ta, która rozchodzi się przy otwarciu przeszklonych drzwi oddzielających salę palących i niepalących. Otóż informuję Panie, że szlag Was od tego nie trafi. Nawet jeśli dojdzie do wymieszania się powietrza, to w bardzo ograniczonej ilości i na ograniczonym obszarze. Rozumiem, że jedna z drugą Panią strasznie obawiają się o swoją cerę, ale tak śladowa ilość dumy na pewno Paniom nie zaszkodzi.

Oczywiście artykuł wskazuje też parę istotnych rzeczy, z których najważniejsza to obecny zapach lokali. Jeśli w jakimś miejscu paliło się dużo przez ostatnich 10 lat, to w ciągu najbliższych dni smród będzie tam nie do opisania. Bo wszystko: meble, ściany, wykładziny i obrusy będą teraz oddawać wieloletnie pokłady dymu, emitując pawiogenny zapach przetrawionego kiepa i rozlanego piwa. Smacznego ;)

Mimo to przeraża mnie trochę ta ofensywa. Palaczy wyrzucono już z lokali. OK. Ale czytając różne wypowiedzi okazuje się, że to jeszcze mało. Że teraz trzeba zabronić im palenia przed lokalem. Wszak wrażliwe nosy antynikotynowców krzywią się już przy najmniejszej dawce dymu – przejście obok 3 osób palących przed wejściem musi być dla nich autentyczną torturą.

Podsumowując – z zakazu się cieszę. Cieszyłbym się bardziej, gdyby nie spieprzyli go posłowie piszący ustawy, ale zawsze to coś. A wszystkim tym, dla których to za mało powiem, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Ja też jestem człowiekiem, też płacę podatki – nie chcę czuć się jak wyrzutek we własnym mieście.

A, i jeszcze na koniec: wszystkim tym, którzy twierdzą, że muszą finansować leczenie palaczy, a nie powinni proponuję sprawdzić ile państwo zarabia na akcyzie tytoniowej. A potem pomyśleć o tym, czy jednak tym palaczom nie podziękować.

Tak śpiewają Mariusz Kiljan i Tomasz Mars w ponadczasowym, ponad podziałowym i generalnie niesamowitym spektaklu muzycznym, który miałem okazję widzieć już trzeci raz. I nie bez powodu wybrałem ten akurat cytat. Ale o tym później.

Nie będę dawał Wam linka, bo potraficie korzystać z google oraz Youtube. Nie będę pisał recenzji, bo recenzje można napisać z kiepskiego, średniego lub niezłego spektaklu. Z zajebistego można opisać tylko wrażenia.

Żeby też nie było, to nie jestem sam w tej ocenie. Za pierwszym razem byłem tylko z moją lepszą połówką (a skończyło się na 0,7), za drugim razem zebrałem silną ekipę pod wezwaniem, a za trzecim – nawet silniejszą. I wszyscy, ale to wszyscy, niezależnie od wieku, płci, stanu cywilnego czy też ilości wypitych piw wychodzili z bananem na twarzy. No, w końcu śpiewają tam:

“Dajcie banany….”

I wrażenia. Je można stopniować. Za pierwszym razem człowiek siedzi z otwartymi ustami i chłonie spektakl całym sobą. Zwraca uwagę na główny przekaz tekstów, nie dostrzega wielu odniesień, alegorii, smaczków. Chłonie, bawi się, klaszcze i przytupuje. Śmieje się do rozpuku i smuci razem z innymi.

Za drugim razem widać już więcej: po pierwsze – różnice pomiędzy drugim a pierwszym razem. A to tekst się zmienił, a to układ jest inny, a to wtrącenie do Fiodora nieco inne, bardziej na czasie. To ten moment, kiedy człowiek czuje się lepszym niż ci, co są pierwszy raz. Taki elitarny widowniany klub bywalców. Za drugim razem słyszy się też już więcej. Można ocenić muzyków, przysłuchać się dokładnie tekstom, pozwolić sobie na refleksję.

No i jest trzeci raz. We własnych oczach można urosnąć do rangi dinozaura, starego wyjadacza, który przyszedł tak naprawdę oglądać reakcje innych. Sam też się fantastycznie bawi i głównie po to przychodzi… ale zaczyna dostrzegać już drugie dno. Układ już tak nie absorbuje, efekty też nie. Wstawki dalej śmieszą i bawią, ale zaczyna się szukanie czegoś więcej. I w Leningradzie coś takiego może znaleźć. Dodatkowo można spojrzeć nieco “z tyłu”. Nagle zaczyna się dostrzegać ile on znaczy dla samej ekipy. Jak fantastyczną zabawą i przeżyciem dla nich samych jest udział w tym przedsięwzięciu. Oni autentycznie się bawią, wchodzą w interakcję z publicznością, reagują, tworzą i niszczą, improwizują i zmieniają plany. Emanują energią.

Właśnie tą energią powala mnie ten spektakl. Ładuje ją w widza jak spieprzony alternator – coraz więcej i więcej – nie przejmując się ani pojemnością odbiorcy ani przegrzanymi kablami. Na dodatek dawno już zapomniał co to prąd stały i emocje wali z wielohertzową częstotliwością zmian. Jest śmiech, miłość, łzy, wzruszenie, śmiech, radość, zażenowanie, śmiech, łzy… Jest wszystko. Jednocześnie jedyną drogą ujścia jest śmiech, śpiew i wzruszenie. To powoduje, że ludzie wychodzą ze spektaklu naładowani energią (pozytywną) i szukają jej ujścia. Na szczęście nie demolują aut ani nie biją przechodniów, chętnie natomiast dyskutują, tańczą, piją, bawią się. Sądzę też, że spektakl w jakimś stopniu przyczynił się do poprawy kiepskiej sytuacji z przyrostem naturalnym.

Wszystko to okraszone jest wspomnieniami, migawkami ze spektaklu. Maksymalnie naładowane wewnętrzne kondensatory co jakiś czas wypuszczają nagromadzone wrażenia, dając człowiekowi ten niesamowity dreszcz emocji. Flashback. Mocny.

Mój trzeci raz był właśnie taki. Ale był też szczególny z jeszcze jednego powodu. Okazało się, że być może jest ostatni. Mariusz Kiljan przy pierwszym bisie mówi, że to może być ostatni raz. Publika reaguje, na sali rozchodzi się pełen zawiedzenia pomruk. Ale “show must go on”, w końcu to Leningrad. Leci bis, na początku wolniej, ale potem piosenka jakby sama porywała zespół – zaczyna się mini-przedstawienie. Bis, który istnieje sam, jako samodzielny spektakl z 4-ro minutowym cyklem życia. Oczywiście nie jest sam tego wieczoru.

Osobiście mam nadzieję, że ten spektakl będzie jeszcze grany. Nie wiem, czy tam gdzie byłem ostatnio i fruwa mi to. Jeśli ktoś nie potrafi oddzielić polityki od kultury, nie chce zrozumieć, że kultura to nie tylko pieniądze, nie chce w końcu spojrzeć na tą wypełnioną salę i energię tryskającą ze sceny i chłoniętą przez widzów każdym porem ich skóry – to, że tak sparafrazuję: “Jebał go pies i chudy bocian, wpizdu!”

A spektakl i tak przeżyje. Bo my mu na to: Super GUT!

… a może i nie będzie. Nie wiem jeszcze. Od dwóch tygodni noszę się z zamiarem napisania sensownej notki… i .. i dupa. A nawet la dupa jak mówi jedna taka. Miało być o spektaklu Leningrad. Ale nie było (chociaż jeszcze pewnie będzie). Miało być o wyborach… ale po cholerę o tym pisać? Lubię komentować politykę, ale i przy piwie i papierosie. Nie chcę się o tym uzewnętrzniać na blogu, poza tym co Was obchodzą moje sympatie? Część z Was może i nawet rozpoznała z kim sympatyzuję a z nim nie, a tym mniej rozgarniętym nie jest to do niczego potrzebne.

Leningrad nie wyszedł, wybory nie, z Kaczora nie chce mi się już nabijać, Tusk jest mało zabawny, we Wrocławiu głównie wybory, wybory i wybory, PO strzela sobie w stopę, na Złotnikach awantura o szamba i na dodatek sąsiad z klatki zaczyna być irytujący. A więc o czym tu pisać? O życiu. Prozie życia.

Bo w sumie czasem fajnie byłoby mieć np jak taki pies. Oczywiście nie każdy pies, bo taki np ze schroniska albo śpiący na dworze to nie do końca… ale taki np jak na tej fotce:

Fafik

Pieskie życie? Chyba Ty!

takiemu to się powodzi. Leży, ma wszystko w poważaniu, zapewnią mu żarcie, picie, rozrywki i na dodatek może się lizać po jajkach praktycznie wszędzie. I kto mówił, że pies ma pieskie życie?

Ale w końcu nie o tym miało być. Miało być o tym, że jesienią człowiek zaczyna mieć więcej czasu. Nie idzie się już co wieczór na piwo, jest delikatnie (albo i bardziej) obsztrymsiale, czasem nawet obskurwiale. Potrafi rzucać żabami, a człowiek zastanawia się kiedy zacznie padać śnieg,  bo przecież kilka pierwszych dni na letnich oponach daje lepszego kopa niż oglądanie Kubicy.

Na dodatek zadziwiająco szybko robi się ciemno… Ogólnie kicha.

Ale za to jest więcej czasu. Można pomyśleć, zastanowić się, zrobić porządek w szafie, porządek na półce z czapkami i szalikami… A właśnie, czytaliście wpis pt “Radar”? Ja czas na napisanie tej notki mam tylko dlatego, że moja lepsza połowa jest zajęta jakąś etyczną dyskusją na twarzowym portalu społecznościowym. A ja mogę sobie poleżeć z lapkiem, psem i kocem bez ciągłego strachu przez tym strasznym “Kochanie…..!”

Generalnie postanowiłem tym razem prozaicznie pogrupować potrzeby romantyzmu facetów. Jako inżynier wprowadziłem podział na kategorie z wyróżnionymi grupami… a może na grupy z kategoriami? Nie wiem. W każdym razie podział wygląda tak:

1. Nie-wymuszone:

  • z nadzieją na seks;
  • z nadzieją na randkę i seks;
  • z nadzieją na obiad.

2. Wymuszone:

  • z perspektywą seksu;
  • z perspektywą zapłaty rachunku;
  • z perspektywą braku awantury.

3. Spontaniczne:

  • z powodu seksu przed chwilą.

Tak, wiem, pewnie zaraz naskoczy na mnie mnóstwo osób, które powiedzą, jak to jestem zły, niedobry i pewnie nie układa mi się z moją lepszą połową. Albo, co najgorsze – jestem zgorzkniałą świnią i nie zasługuję na żadną kobietę. Pytanie, czy każda kobieta zasługuje na mnie? ;)

Pomyślcie sobie wszyscy (obu płci) jak to jest z Waszym romantyzmem. Jak go uzewnętrzniacie, ale też jak go oczekujecie. Czy macie trochę wyrozumiałości, czy też jak niewzruszony papież czekacie, aż niesforny cesarz klęknie przed bramami?

Chwila refleksji. Jesień to dobry moment ;)

Na idepozapalki.pl nie może zabraknąć kultury. Dzisiaj pojawią się o niej aż dwa wpisy, ale nie uprzedzajmy faktów.

Na początek coś, co trochę już czeka na opublikowanie i już jakiś czas rodzi się w mojej wypełnionej bałaganem głowie. Mianowicie, drogie Panie i drodzy Panowie – czas na tekst o kolejnym spektaklu Klaty.

Klata nie zawodzi. Klata to pewniak. Dlatego kiedy moja lepsza połowa oznajmiła: “Idziemy na premierę Klaty!” – radośnie ubrałem trzewiczki, marynarkę i podyrdałem do teatru.

I jak zwykle się nie zawiodłem. “Kazimierz i Karolina” to niebanalna historia ludzkich charakterów umieszczona w banalnym i kiczowatym środowisku galerii handlowej.

Nie będę tutaj rozpisywał się o oryginalnej sztuce, którą w 1932 napisał Odon von Horwath. Dość powiedzieć, że dialogi ciągle są aktualne i bliskie współczesnym realiom. I niech to Wam da do myślenia.

Czas jednak napisać coś o samej sztuce.  Jak to u Klaty bywa, na sztukę składają się nie tylko dialogi, gra aktorska i scenografia – jest jeszcze muzyka. I tutaj nie można być rozczarowanym – powitanie klasycznym przebojem zespołu Led Zeppelin od razu wywołało u mnie przyjemne skojarzenia. A dalej? Tandetna, kiczowata sceneria złotych luster, fontanny i palm (żywcem wyjęte z niektórych galerii).  Do tego co? Pogubiona para, terroryści-anarchiści kradnący radia, radia samochodowe, podstarzali lovelasi z ciągotami do sadyzmu (jeden) oraz galerianki o inteligencji jętek.

Te wszystkie elementy pozwoliły Klacie stworzyć obraz prześmiewczy i śmieszny, bolesny i szczery. Nie wiem jak reszta widowni, ale ja uśmiałem się serdecznie. Choć momentami był to śmiech przez łzy. Nie wiem, czy taki był zamysł, ale wg mnie sztukę można odbierać dwojako – albo kompletnie wyluzować się oglądając komedię na zasadzie “mnie to nie dotyczy”, albo faktycznie zauważyć jak blisko tego świata jesteśmy, jak się o niego ocieramy a czasem nawet stajemy się jego częścią.

Oczywiście, nie byłoby tej stuki bez elementu kontrowersyjnego. Tym razem w fabułę wpleciono youtubowy hicior “Gdzie jest krzyż” (techno mix), który został wykonany przez bandę krwawych manekinów ruchami przypominających zombie. Cóż. Analogii tłumaczyć nie trzeba.

Na pochwałę zasługuje też gra aktorska – jako całość. Byłoby nietaktem wyróżnianie kogokolwiek, bo to zestawienie wrocławskich gwiazd sprawdziło się już w niejednym spektaklu.

Na koniec, jako fan Pratchetta, pozwolę sobie przypomnieć jeden z testów na jego temat: “Terry Pratchett tworzy świat absurdalny, śmieszny, straszny, wypełniony postaciami fantastycznymi. A jednocześnie tak podobny do naszego.”

Klata ma szansę zostać Prachettem teatru.

Podejrzane

8 Październik 2010

Podejrzane jest wiele rzeczy i działań. Np dla mojej kobiety podejrzane jest, jak pozwalam jej kupić następną torebkę. Podejrzane jest, jak wraca z pracy i widzi mnie z odkurzaczem. A jeśli sam z siebie obciąłem naszym psom pazury – to jest MEGA podejrzane.

Za to dzisiaj podejrzenia poczułem ja. Osobiście. Poczułem taki delikatny chłód, przenikający mnie od nóg po czubki włosów. Otóż siedząc z laptopem na kolanach poprosiłem lepszą połowę o piwo. I mi przyniosła! Tak po prostu. Bez sakramentalnego “ale za to…” ani nic takiego. Brrr. Przerażające.

Jak każdy facet w tym momencie nie dałem nic po sobie poznać. Siedzę, sączę piwo i piszę tą notkę. Jak gdyby nigdy nic. A potem wszystko wychodzi na jaw.

Pierwsza reklama w TV i co słyszę?

“Ależ ona ma piękną sukienkę!”…

… no i wszystko jasne.

Tylko jak ona mogła przewidzieć akurat tą reklamę?!?!

www.IdePoWaciki.pl

28 Wrzesień 2010

Poniższy tekst jest dość szczególny… nie dość, że nadesłany do mnie, to jeszcze napisany przez kobietę… zapraszam:

Są dni, gdy rozsądne kobiety pragną wyjść. Wyjść z tej sytuacji jest kilka, można np. opuścić miejsce chwilowego pobytu w celu towarzysko-alkoholowym, można przejść na drugą stroną tęczy, można jednakowoż pragnąć wyjść – z siebie. Prawdopodobnie ta trzecia właśnie możliwość skłoniła kolegów do snucia fantazji nt. założenia butów, przekręcenia kluczy w drzwiach i szukania zapałek w mieście własnym i kilku pobliskich przez dłuższy czas. Nie jest, jak widać, marzenie o tej rozrywce bliskie jedynie męskiej części populacji. Nie potrzebuję zapałek. Nie potrzebuję odgłosów brzdękania oszronionych kufli, w towarzystwie chrupania chipsów i hałasu akurat przegrywającej lokalnej drużyny piłkarskiej.

Spokojna w swej kobiecej tożsamości z przyjemnością po prostu wyjdę z siebie.

Sprzyja temu niezmiernie okres Świąt, jak wiadomo, czas spokoju, harmonii i radości płynącej z bliskości bliźniego. Może chodzi o tę radość, a może o spokój, wywołujący u mnie głębokie zaniepokojenie, może o tę szokującą harmonię. Wyzwala tęsknotę za przestrzenią, nawet tą unoszącą się nad najbliższą drogerią. Choć bliższe prawdy byłoby stwierdzenie – nad najbliższym lotniskiem…

do góry

Logo FSM

Latający Potwór Spaghetti

Dla nie uświadomionych:  to po lewej to Latający Potwór Spaghetti. A raczej logo tegoż. Więcej o Jego Nieskończonej Makaronowej Doskonałości dowiedziecie się klikając w obrazek.

A teraz do brzegu. Nawiązuję do FSM właśnie z powodu ostatniego weekendu. Dostarczył on nam wydarzeń, które skłaniają mnie do myślenia właśnie o tym.

Ale najpierw kilka faktów:

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,8396374,Manifestacja_zwolennikow_Chrystusa_krola_Polski___Biada_.html

Taką o to radosną manifestacje zafundowali nam ludzie, którzy manifestować na pewno mają prawo. Przy okazji paradoksalnie weszli w pewien spór z inną grupą, zwaną “Obrońcami Krzyża”, którzy to stwierdzili, że inicjatywa tych pierwszych jest “niepoważna”. Ramen.

I teraz się tak zastanawiam: czy z tej inicjatywy warto w ogóle robić wielkie “halo”? Jeśli nawet sami księża nazywają to “Fundamentalistycznym absurdem”??? (za: http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,8398604,_Fundamentalistyczny_absurd_____ks__Luter_o_pomysle.html )

Może gdyby media zmarginalizowały takie inicjatywy i potraktowały je jak np Zjazd Miłośników Bułki Tartej w Płatkach Kukurydzianych – czyli w kategoriach ciekawostek – nie byłoby lepiej? Na pewno spokojniej.

Wszyscy mają prawo manifestować. Wszyscy mają prawo do własnych poglądów. Ale nie muszą tego narzucać wszystkim innym. I o ile nikomu nie zabraniam modlić się do Jezusa Chrystusa, Jahwe, Proroka, Manitou, Kriszny, Kali czy też Wielkiego Żółtego Zjadacza Kamieni, to tyle próbę narzucenia mi takiego czegoś uznaję za atak na moją prywatność i wolną wolę. A tego z kolei mam konstytucyjne prawo bronić. I będę.

Tak więc idiotyzacji przez intronizację mówię stanowcze nie.

Na to nałożyło się jeszcze jedno:

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,8397163,Minister_ds__rownouprawnienia__szkola_katolicka_moze.html

Otóż kobieta, która niewiadomym mi zbiegiem okoliczności (bo przecież trudno uwierzyć, że stało się to w wyniku sensownego procesu myślowego) została ministrem ds. “równouprawnienia” postanowiła wszem i wobec oznajmić, że szkoła mieniąca się katolicką ma prawo odmówić zatrudnienia kierując się orientacją seksualną. Brawo Pani minister! Całkowicie się z Panią zgadzam, pod jednym warunkiem:

jeśli ta szkoła jest utrzymywana tylko i wyłącznie z czesnego płaconego przez rodziców uczniów lub samych uczniów.

Bo wg mnie ciągle prywatny właściciel przedsiębiorstwa (a takim przedsiębiorstwem jest teraz szkoła) może się kierować dowolnymi kryteriami przy zatrudnianiu ludzi, dobieraniu sobie przyjaciół czy też wybieraniu piwa, które zamówi na firmową imprezę.

Czy szkoły, o których Pani “Minister” mówi spełniają to kryterium? Nie.

Te kolejne cykle wydarzeń, krzyże, afery, znicze, kontrowersje w sprawach światopoglądowych, gejów, lesbijek, in vitro i in outro, badań prenatalnych, kwestii króla Polski i królewicza umacniają mnie tylko w moim ateistycznym światopoglądzie. A ponieważ nie chce mi się go jeszcze raz opisywać – zapraszam do klikania w obrazek na początku wpisu. Przeczytajcie tamtejszy oktalog i zrozumiecie, dlaczego ogólnie uważam religię za złą.

Oczywiście powiecie teraz, że to nie zgadza się z samą ideą pastafarianizmu. Ano nie zgadza się i co z tego? Geneza takiego stwierdzenia jest prosta: ogólnie uważam, że narkotyki powinny być legalne. Bo w sumie każdy z nas może robić ze swoim ciałem co chce i niszczyć je tak jak chce. Oczywiście pod warunkiem, że nie będzie potem kosztami leczenia obciążał reszty społeczeństwa – ale to inna dyskusja.

Mimo, że tak uważam, to jednak dostrzegam potencjalne zagrożenia takiego rozwiązania, wynikające z ułomności człowieka i błędów wynikających z czystej istoty człowieczeństwa. Biorąc ten czynnik pod uwagę – zgadzam się z koniecznością pewnych prawnych ograniczeń dostępu do pewnych grup substancji.

Ogólnie nie mam nic przeciwko religii. Ale biorąc pod uwagę zachowania określonych grup oraz zagrożenia wiążące się z próbami narzucenia swojej religii innym ludziom (ogniem i mieczem) dostrzegam sens ogłoszenia, że wiara może być wyznawana, ale wspólnoty religijne mogą być tylko nieformalne. Ich członkowie muszą je sami utrzymać, mogą się spotykać, wyznawać co chcą, wolno im to manifestować (ale nie nie zarejestrowane związki).

Wiedza o ich istnieniu może być przekazywana, nawet w szkołach – ale tylko jako informacja o kształtowaniu się społeczeństw oraz wpływ wierzeń na ten proces.

Ponieważ spełnienie takiego postulatu leży w sferze marzeń – mogę tylko cieszyć się z tego, że dobrzy ludzie wymyślili pastafarianizm. Dzięki temu tacy jak ja mają się z czego cieszyć. Oraz nabrać dystansu do samych siebie, czego wielu innym związkom wyznaniowym brakuje.

Z Makaronowym Pozdrowieniem,

Crosis.

I niech Macki Jego Makaronowej Doskonałości torują Wam drogę!

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.